Wyszukiwanie

Świat Mroku
Świat Mroku: ogólne
Wampir
  Nomads
Wilkołak
Mag
Changeling: the Dreaming
Mumia
Świat Mroku: Opowiadania
Gry fabularne
  Hunter
  Mag
  Mumia
  Wampir
  Wraith
Gildie
  DVD
O nas...
Opracowanie graficzne serwisu
Nowa Gildia
Gildie
  DVD
Przyjaciele Nowej Gildii
Passage In Time
Ostatnia aktualizacja: 17 styczeń 2001
Autor: Dacarius Arunsone



 Dzieci i ich zabawki

Europa, od roku 1998 do roku 1420

Nazywam się Pashira i mam 13 lat. Moi rodzice...

Jeszcze raz

Nazywam się Pashira i mam 13 lat. Urodziłam się...

Tak też źle...

To tyle z prób napisania biografii. Tak naprawdę to nie wiem, kiedy się urodziłam i ile naprawdę mam lat. Nie znam swoich rodziców, a dokładniej - już wiem, że ci, których znałam, to oszuści, których jedynym celem było wykorzystać mnie i moje umiejętności.

Pierwszy raz przydarzyło mi się TO w moje 10 urodziny (jak już wspomniałam, nie wiem, czy to były 10 i czy w ogóle w ten dzień mam urodziny), gdy po rozpakowaniu prezentów (dostałam od mamy mikroskop, a od taty przenośny komputer), zaproponowali, byśmy poszli na spacer. W skrócie? Owszem, Indie są pełne dziwnych miejsc, ale to, które znaleźliśmy w centrum Kalkuty w niczym nie przypominało czegokolwiek - był to zimny las, w którym leżały płaty śniegu, a w oddali biegały jeszcze dziwniejsze zwierzęta. Później znalazłam je w książce od biologii (jeśli chcecie koniecznie wiedzieć, były to jelenie, w Indiach spotykane chyba jedynie w Zoo), lecz wtedy były dla mnie obce - i piękne. Rodzice dość szybko znaleźli drogę STAMTĄD do domu, lecz najdziwniejsze w tej krótkiej wycieczce było to, że wróciliśmy dokładnie w 5 sekund po wyjściu. Kiedy później próbowałam porozmawiać o tym z rodzicami, twierdzili że nic takiego nie miało miejsca i że to był tylko sen...

Następne takie wydarzenie miało miejsce dokładnie w tydzień później. Rodzice zabrali mnie do swoich znajomych. Nie chciałam do nich jechać - zawsze byli tacy zimni i odpychający. Jednak tata zdecydował inaczej. Pojechaliśmy.

Na miejscu przywitał nas przyjaciel ojca - Dr Bruing. Przez chwilę rozmawiali. Po cichu, ale ja mam dobry słuch. Mówili coś o "obudzeniu" (chyba), wykorzystaniu tego jak najszybciej i o "sprzątaniu". W tej ostatniej kwestii pokłócili się i sama nie wiem do jakich wniosków w końcu doszli. Nie było to jednak istotne, gdyż podeszli obydwaj dość zadowoleni do mnie i zapytali, czy nie chciałabym pojechać na małą wycieczkę samochodem.

Zgodziłam się - nie lubię samochodów, ale lubię podróżować. Pojechaliśmy więc. Nie pamiętam jednak dokąd i po co - teraz, gdy wspominam te zdarzenia, sądzę, że coś mi zrobili, bym nie pamiętała. Jednak w snach czasem mnie nawiedzają miejsca w których byłam. Myślę, że potrafiłabym do nich trafić, gdybym tylko wiedziała, jak...

W trakcie wycieczki rozbolała mnie głowa. Ból był tak silny, że przestraszona mama kazała zawrócić do instytutu Dr Bruinga. Zbadali tam mnie i chyba przez następne pół godziny rozmawiali w pokoju obok. Nie wiem, co wykryli, a może zrobili. Od tamtej pory nie potrafię płakać prawym okiem...

Następnego dnia mama powiedziała, że powinnam wyjechać do Szwajcarii, gdzie będą lepsi lekarze i gdzie zacznę chodzić do specjalnej szkoły dla utalentowanych dzieci. Mieliśmy zobaczyć się dopiero na święta. Nie chciałam, ale ojciec powiedział, że jestem głupia i że jeśli nie pojadę, zrujnuję sobie przyszłość. Oznaczało to tyle co "mam gdzieś twoje zdanie, jedziesz i już". Więc pojechałam. Wtedy po raz ostatni widziałam moich "rodziców". Nie, nie zginęli. To mi przydarzyło się coś, czego mój dokładny i wszystko zawczasu planujący ojciec, nie przewidywał nawet w najmniej prawdopodobnym scenariuszu wydarzeń...

Tej nocy śniła mi się szkoła do której miałam pójść. Była straszna - zimna, sterylne, pełna aparatury i ludzi, którzy byli też aparaturą, tyle że poruszającą się o własnych siłach. Chcieli mnie wmontować w jakiś przyrząd, ale w tym momencie pojawili się jacyś ludzie. Podeszli i zabrali mnie. Wtedy do moich wrogów krzyknął Dr Bruing - "Zróbcie coś! Oni nam ją zabiorą". Na to ludzie - maszyny odparli - "Próbowaliśmy, ale prawo jest po ich stronie". Obudziłam się, myśląc, kim są moi wybawcy i czy nie są gorsi od Dr Bruinga i jego ludzi - maszyn.

 

Raport specjalny nr 20784873/3759/99

Według naszych danych, obiekt Projektu Replay został przechwycony. Ponieważ jego talenty zostały już wyczerpane, a projekt zakończony, nie przewidujemy dalszych, kosztownych i czasochłonnych poszukiwań. Warto natomiast zwrócić uwagę na napastników. Według wszelkich przesłanek byli oni magami, najprawdopodobniej z grupy określającej siebie jako Zakon Hermesa. Jednak pomimo użycia całkowicie wulgarnych mocy w obecności tłumu świadków należących do Mas, nie wykryto najmniejszego Paradoksu. Wyglądało to tak, jakby nasz z takim trudem ukształtowany Paradygmat POZWOLIŁ MAGOM NA UŻYCIE WULGARNEJ MAGII! Do zbadania tego incydentu wysłano Dr Akimu i Brata Prouda z NWO. Ich wyniki badań zgodnie z rozkładem powinny dotrzeć jutro o 13.30

 

Lotnisko było pełne ludzi i hałaśliwe. Tłum przelewał się niczym smoła w piekielnych kotłach i jak ta substancja, był lepki, gorący i sprawiał cierpienie wszystkim, którzy się w nim znaleźli. I wrzał, choć nie fizycznie, lecz na poziomie o wiele bardziej subtelnym. Ktoś kiedyś napisał, że lotniska są brzydkie. Nie. Brzydkie wywołuje uczucie niesmaku. Lotnisko wywołuje uczucie nienawiści - do ludzi, obsługi i nawet do latających w górze hali gołębi.

Na granicy tego tłumu siedziała na fotelikach dla czekających grupka ludzi, którzy widzieli trochę więcej niż inni i z zainteresowaniem obserwowała ten nie opisany w żadnym podręczniku do fizyki stan skupienia materii - tłum. Grupa liczyła pięć osób - kobieta, mężczyzna i trzech chłopców. Ktoś, kto nie dysponuje nadludzkim potencjałem możliwości, lub nie ma ostrej paranoi, mógłby wziąć ich za rodzinę. Jednak by się pomylił. Wystarczyło tylko posłuchać ich rozmów...

- Gosiu, naprawdę trochę zbyt ostro potraktowałaś Kotrębskiego. Rozumiem, że nie jest w twoim typie, ale żeby od razu klątwa... - zagaił mężczyzna. Był wysoki, białowłosy i nosił ciemne okulary. Na swoim znoszonym płaszczu miał naszyte trzy kółka - symbol osoby niewidomej.

- Nie poruszajmy tego tematu... - Gosia skrzywiła się. Była to młoda, rudowłosa i dosyć ładna dziewczyna, ubrana dosyć skromnie. Wyglądała jak każda osoba z tłumu, chyba że ktoś spojrzał jej w oczy - nawet najmniej wrażliwi na niewidoczną część świata, orientowali się, że te zielone "zwierciadła duszy" widziały więcej, niż mógłby zobaczyć zwykły śmiertelnik.

Marek rozejrzał się dookoła (dość dziwny odruch u niewidomego), po czym spytał

- A tak właściwie, to gdzie reszta grupy?

Krótka inspekcja lotniska pozwoliła odkryć trójkę młodocianych w pobliżu bankomatu.

- Co oni...? - w tym momencie fala magii przetoczyła się po okolicy. Jednocześnie bankomat wyświetlił napis: "automat nieczynny z powodu braku gotówki". - ...kombinują...

Trójka wspomnianych tylko na oko przypominała zwykłych ludzi. To znaczy ludzi, na których nie zwraca się uwagi. Michał I miał taki właśnie talent, pozostawania w cieniu, poza zasięgiem czyjejkolwiek uwagi. Oprócz tego był urodzonym kombinatorem, potrafiącym doskonale wykorzystać ten i kilka innych posiadanych talentów. Doskonale uzupełniał się pod tym względem z Piotrkiem, dzieckiem ulicy obdarzonym nadludzką mocą i z reguły niezbyt odpowiedzialnie nią bawiącym się. Obydwaj byli drobni, przy czym Piotrek miał jasne włosy, zaś Michał I - ciemne. Ubrani w tej chwili byli też podobnie do siebie i do kilkudziesięciu innych dzieci na lotnisku.

Ostatni z grupy, Michał II odróżniał się od kolegów skromniejszym ubraniem i towarzystwem czarnego gawrona, siedzącego na ramieniu. Jego oczy były czarne, a osoba potrafiąca dostrzec więcej niż inni, zauważyłaby, że widziały one rzeczy, jakich nie chciałby oglądać ich czternastoletni właściciel. Może właśnie dlatego Michał II był taki lekkomyślny i wesoły - dzięki temu mógł ZAPOMNIEĆ.

Cała trójka w tej chwili oglądała zawartość plecaka Michała I, która nagle zwiększyła swoją objętość...

- Ci gówniarze obrobili bankomat! - zawołał Marek

Gosia już zamierzała poczuć się w obowiązku palnięcia umoralniającej mowy młodszej części ekipy, lecz przeszkodziło jej nagłe poczucie chłodu, który zmroził jej duszę. Wyczuł go również Michał I, który odwrócił się w kierunku, z którego mogło przyjść owo nieprzyjemne uczucie. Zobaczył tam trzech mężczyzn, ubranych w idealnie dobrane czarne garnitury, białe koszule, czarne krawaty i ciemne okulary. Byli oni takiego samego wzrostu i - przynajmniej na pierwszy rzut oka - wyglądali tak samo. Dwóch szło z przodu, prowadząc między sobą ciemnoskórą dziewczynkę, zaś ostatni szedł tuż za tą trójką.

- Faceci w Czerni... - szepnął Piotruś - starajcie się, by nie zwrócili na nas uwagi...

- Tacy z filmu? - zapytał się zdezorientowany kolega.

- Nie, tacy co polują na magów. Podobni zabili moich rodziców...

Jego wypowiedź przerwał szept, jaki pojawił się w jego (i reszty, o czym jednak nie mógł w tej chwili wiedzieć) umyśle. Było to tylko jedno słowo: POMOCY!

- Ta mała jest magiem, a oni ją dorwali - szepnął Piotruś...

- Ty też to słyszałeś? - spytała Gosia

Przyjaciele spojrzeli na siebie.

- No to na co czekamy? - zapytał Marek i zaczął intonować jakąś pieśń w nieznanym języku.

- Zaczekajcie, przydałby się jakiś... - zaczęła Gośka

Jednak w tym momencie Michał I wypowiedział zaklęcie, łamiąc w ręku "piorunową strzałkę". Piotruś, zapominając o pogardzie dla "wsiowych czarów" dołączył swą moc i wspólnie udało im się wygenerować całkiem efektowną błyskawicę, która trafiła w jednego z Facetów w Czerni. Pozostali, zaalarmowani tym, wyjęli broń, ale w tym momencie na jednego z nich, z tłumu wypadł z bojowym rykiem... niedźwiedź. Wtedy tłum na lotnisku uznał najwyraźniej, że ma dość nadnaturalnych wydarzeń na dziś i pozwolił sobie na wpadnięcie w zbiorową histerię. Tłuszcza zaczęła cisnąć się do wszystkich możliwych wyjść z hali, nie bardzo przejmując się tym, że dwudziestu ludzi może stratować kogoś równie zabójczo jak rozszalały koń. I właśnie to groziło dziecku - telepacie, gdyż pilnujący je MiB - owie zajęli się pilnowaniem własnego bezpieczeństwa. Na szczęście w pobliżu przerażonej dziewczynki znalazła się Gosia. Młoda wiedźma szybko odprawiła Rytuał Przeniesienia, modląc się w duchu, by nikt z tłumu nie zwrócił na nich uwagi - doskonale zdawała sobie sprawę że w takiej sytuacji rzeczywistość mogłaby się zbuntować, a wtedy w najlepszym wypadku obie zostałyby stratowane. O najgorszym wolała nie myśleć... Jestem magiem, a moja wola jest prawem... Błysk... Chwilowa dezorientacja... wiatr... Udało się!

Z budynku, swoimi sposobami wydostała się reszta grupy. Marek Akiyama wrócił już do ludzkiej postaci, a cała czwórka wyglądała na nieźle rozbawionych. Jednak pozostała część ekipy nie wyglądała na tak zachwyconą...

- Ale nam się udało! - zawołał Piotruś. - I całkowicie żadnego Paradoksu, pomimo całego tłumu! Razem możemy naprawdę wiele dokonać!

- Na przykład doprowadzić do śmierci ratowanej osoby, nie mówiąc już o innych na lotnisku - dziewczyna była naprawdę nieźle wkurzona. - Stanowicie zaprzeczenie teorii głoszącej, że do magii wymagana jest inteligencja.

- Uspokój się, maleńka. Przecież nam się udało... - zaczął zmiennokształtny.

- WAM?!

- No cóż... No, nam wszystkim... Odwróciliśmy uwagę MiB - ów, a ty uciekłaś z więźniem. Świetny plan.

- Plan? Kto tu mówi o planie? Po prostu rzuciliście się na huzia!

- Widzisz, maleńka - najlepsze akcje wychodzą bez wcześniejszego planowania...

Gośka już nic nie odpowiedziała. Kłótnia z nimi po prostu nie miała sensu. Zamiast tego odwróciła się do osoby, przez którą było całe zamieszanie. Była to niska, na oko 13 - letnia dziewczynka o ciemnej skórze i wyraźnie cygańskich rysach twarzy. Na głowie miała kwiecistą chustkę, a resztą jej ubrania był szary kombinezon i adidasy. Stała spokojnie, przyglądając się z zainteresowaniem swym wybawicielom.

- Jak się nazywasz? - zagaiła rozmowę.

Cisza...

- Ona chyba nie rozumie - wysunął hipotezę Piotruś.

- Do you speak English? - Gosia nie ustępowała

- A little...

- What?s your name?

- Pashira...

- No to mamy z czym zaczynać....

Gosia częściowo po angielsku, częściowo na migi porozumiała się z dziewczynką. Pashira zgodziła się jechać z nimi - wyglądało na to, że dziecko nie ma nikogo na świecie.

- Ładna jest - ocenił ją Piotruś. - Żeby tylko nauczyła się mówić po polsku...

Gośka zgromiła go wzrokiem.

 

Szkoda, że moje zdolności językowe ograniczają się do rozumienia innych, a nie do rozmowy. Wprawdzie w jakiś sposób zdołałam wysłać do moich wybawicieli wołanie o pomoc, lecz tak naprawdę, to sama nie wiem, jak. Powiedziałam im, że nie mam rodziców - o mało się nie rozpłakałam, gdyż w chwili, gdy to mówiłam, zdałam sobie sprawę z tego, że mówię prawdę. Zaopiekowała się mną Gosia. Jest bardzo fajna i chciałabym, żeby to ona była moją mamą, albo siostrą - lubi mnie i pozwala mi na różne rzeczy, których nie wolno mi było robić w domu - na przykład tańczyć. Gosia jest czarodziejką i potrafi różne niezwykłe rzeczy - wróżyć, teleportować siebie i innych (tak właśnie uratowała mi życie na lotnisku), oraz tworzyć różne niezwykłe przedmioty. Dzisiaj powiedziała, że wie, jak zrobić dla mnie wisiorek, który pozwoli mi rozmawiać w jej języku.

Gosia i jej mistrz, Artur, badali mnie, aby wykryć, skąd biorą się moje bóle głowy i niezdolność do płaczu prawym okiem. Wyjaśnili mi, że to taka mała krosta, która zniknie, ale słyszałam co mówili do siebie (myślą że ich nie rozumiem). Podobno Dr Bruing i jego sprzymierzeńcy (nazywają ich "Technokratami") wszczepili mi tam małe mrowisko - nikt nie wie po co. Artur twierdzi że jest całkiem niegroźne, ale jego ucisk na mózg może blokować jakieś moje zdolności lub wspomnienia. Mam wrażenie, że wiem o co chodzi. Jeśli to TO, to nawet lepiej...

Oprócz Gosi i Artura (który jest bardzo poważnym i potężnym magiem, a w dodatku - o czym wie chyba tylko Gosia, no i oczywiście ja - bardzo starym, choć na to nie wygląda) poznałam jeszcze tych magików, którzy na lotnisku pomogli mi w ucieczce. Są bardzo mili, choć chyba nie rozumiem w ogóle Michała II - wydaje mi się, że ktoś o jego umiejętnościach powinien być poważniejszy. Biedaczek - próbując przy pomocy magii pomóc nam w ucieczce, wezwał jakiegoś złego ducha, który wepchnął go pod samochód. Przeżył, ale ze szpitala wyjdzie dopiero za jakiś miesiąc.

Bardzo lubię Marka (choć nie tak jak Gosię). To szaman, potrafiący przywoływać duchy zwierząt i dzięki temu samemu przyjmować ich postać. Jest niewidomy, lecz radzi sobie lepiej niż niejeden ze zdrowymi oczami. Poza tym ma zawsze dobry humor - co czasem denerwuje Gosię - i daje mi cukierki.

Dzisiaj moja opiekunka (zwykle myślę o niej jak o starszej siostrze) obiecała, że pójdziemy do Zoo. Nie mogę się doczekać - myślę, że będzie fajnie. Wreszcie zobaczę żywe zwierzęta, które dotąd znałam jedynie z książek do biologii.

Budynek był mroczny i zimny. Czuło się w nim zgromadzone wieki, które nie chciały się poddać bezlitosnemu upływowi czasu. Jakby na potwierdzenie tej teorii, zasłonięto większość okien, tak by kolejne dni i noce, odmierzające upływający czas, nie miały dostępu do wnętrza. Tak mogła wyglądać jedynie siedziba kogoś, kto sam był równie pradawny jak te mury i na równi z nimi drwił z niszczącej potęgi entropii.

Weszła. Piękna, blada, ubrana w kosztowną suknię z czarnego aksamitu. Miała czarne jak noc włosy i zimne, niebieskie oczy - ich spojrzenie wydawało się być zimniejsze niż lód. Towarzyszył jej kamienny potwór, pełniący rolę strażnika.

- Jesteście nowi, tak? - Spojrzała na dwie postacie, niepewnie stojące w przeciwległym końcu pokoju.

- Tak, o pani. Przybyliśmy prosto z Genewy.

- Dlaczego do Łodzi?

- Ponieważ tu mieszkamy. W Genewie byliśmy przejazdem i tam nas... zwerbowano.

- Czytałam wasz raport. Interesujący. Jeśli Technokracji tak zależało na tym dziecku, macie go nie spuszczać z oka i o wszystkim mi meldować. Zrozumiano?

- Tak, pani.

- I jeszcze jedno. Nie obchodzi mnie to, że jesteście magami. To nawet lepiej, ale nie zmienia faktu, że jesteście TYLKO ghoulami. Odtąd należycie wyłącznie i przede wszystkim do Klanu. Nie do waszych dawnych organizacji. Jeśli wam rozkażę, zdradzicie swoich mistrzów, a nawet przyjaciół. Jeśli będziecie wierni, to spotka was nagroda. Jeśli nie - zawsze mogę postarać się o nowe ghoule.

- Rozumiemy, o pani.

- Więc na co jeszcze czekacie? Chyba wydałam wam jakieś polecenie, nieprawdaż?...

 

Piotrkowska jak zwykle w południe, tętniła życiem. Strumienie ludzi przelewały się w tę i z powrotem, szukając zabawy, czy też robiąc zakupy. W kawiarnianych ogródkach siedzieli ci, którzy mieli chwilę czasu, zaś środkiem pasażu jeździły riksze i - rzadko kiedy - pojedyncze taksówki. Słowem - sielanka, pozwalająca zapomnieć o szarym i paskudnym życiu, jakie toczyła większość mieszkańców miasta, zwanego Łodzią. Swoją drogą - coś w tej nazwie jest, gdyż Łódź rzeczywiście przypomina tonący okręt. Ale tu, na Piotrkowską, owa "woda" nie ma dostępu.

Sielankę zakłócił dopiero jadący środkiem deptaka stary rosyjski gazik. Kierowca pojazdu też wyraźnie był "na gazie", gdyż wóz zygzakował, o mało nie potrącając przechodniów. Policja z początku jedynie się temu przyglądała, ale gdy jakiś przerażony rikszarz o mało nie zdemolował ogródka swym pojazdem, wyrzuconym z trasy przez gazika - stwierdzili że sprawa wymaga ich interwencji.

Kierowca się zatrzymał, co sprawiło wyraźną ulgę pasażerkom - Pashirze i Gośce.

- Proszę o dokumenty - zażądał policjant.

- Ależ proszę - spokojnie odpowiedział kierowca - potężny mężczyzna około 30 - tki, ubrany w moro. Miał również imponującą, brązowoczarną czuprynę i takąż brodę. Jego spojrzenie było nieco "rozmyte" i czuć było lekki zapach alkoholu. Całość przywodziła na myśl niedźwiedzia po kilku głębszych.

- Proszę tu dmuchnąć - policjant podał probierz, bynajmniej nie po to by coś sprawdzić, lecz raczej by mieć materialny dowód tego, że zatrzymany nie grzeszy trzeźwością.

Kierowca wziął balonik, wciągnął głęboki haust powietrza, po czym dmuchnął. Folia probierza nie wytrzymała w konfrontacji z płucami brunatnowłosego, i pękła z hukiem. Kierowca uśmiechnął się głupkowato.

- Proszę oddać tą rurkę - polecił zirytowany policjant. Już stąd zauważył intensywne zabarwienie wykrywającej alkohol substancji.

- Jaką rurkę... ach, tą... ups... - z tymi słowami niedźwiedziowaty... połknął dowód swojej winy, z satysfakcją obserwując minę krawężnika, który zaczynał żałować, że w ogóle zatrzymał ten samochód. Po tym pokazie wyjął komórkę, obejrzał z bliska odznakę mundurowego (z dala numer służbowy trochę za bardzo falował) powiedział do telefonu kilka słów, po czym podał go stróżowi prawa. Ten oddał dokumenty i odszedł.

- Grzesiek, co ty wyczyniasz - Gośka była trochę zirytowana. Kiedy znajomy leśniczy obiecywał zawieźć ją i Pashirę do Zoo, nie wspominał, że nie jest w stanie tego dziś zrobić, nie wchodząc w kolizję z prawem.

- Spoko, spoko. Szef komisariatu to mój kumpel. Wiele razem wypiliśmy... Oj, wiele...

- Nie jadę dalej!

- Dlaczego? Dopiero po setce zaczynam naprawdę panować nad tą maszyną. To ruska konstrukcja, nie da się jej prowadzić na trzeźwo.

- Co tu się dzieje? - weszli mu w słowo Michał I i Piotruś, zjawiając się nie wiadomo skąd.

- Nic, tylko Grzegorz próbuje nas pozabijać - odparła Gośka.

- Chodźcie! - Pashira nagle wstała z miejsca i pobiegła do najbliższej bramy.

- Co jej się stało? - wszyscy spojrzeli na siebie.

- Nie wiem, ale skoro nas wołała, to chodźmy - zaproponował Michał.

Cała czwórka pobiegła do bramy. Nikogo tam nie było...

- Psst...

Gwałtownie odwrócili się, gotowi do walki. Dotąd zdobyli już wystarczająco wielu wrogów, by uzasadnić lekką paranoję. Jednak tam stała jedynie Pashira, w towarzystwie starej Cyganki.

- To jest Czarna Ellen - Przedstawiła swą towarzyszkę dziewczynka.

Starsza kobieta ukłoniła się.

- Mała ma wyobraźnię - wyjaśniła. - Nazywam się Pashira...

- Tak jak mała! - niemal jednocześnie krzyknęli wszyscy.

- Tak, rzeczywiście. Jestem Cyganką z rodu Phuri Dae, jedną z tych, którzy widzą nici Czasu. Szukałam waszej podopiecznej od pewnego czasu. Ma ona wielkie Dharma, przeznaczenie.

- Nie uchroniło jakoś jej od Technokracji - zauważył sceptycznie Piotruś

- Tak? - Cyganka uśmiechnęła się - A skąd wiecie, że to nie ono ustawiło was na jej drodze.

- Jestem Magiem, Przebudzonym, a moja wola zmienia świat... - zaczął swą tyradę młodociany czarodziej. Gośka skrzywiła się ("Właśnie dlatego nie lubię tych tak zwanych Prawdziwych Magów. Zawsze uważają że wiedzą wszystko lepiej niż inni")

- A co zmienia twoją wolę? - starsza Pashira nie zamierzała się łatwo poddać.

- Na przykład takie drobne upodobanie do niektórych BARDZO SPECYFICZNYCH napojów? - syknęła triumfalnie czarodziejka.

- No... - Piotruś miał zamiar zmiażdżyć "wsiowych magików" (gdyż Cyganka najprawdopodobniej również należała do tej grupy) celną repliką... z tym że żadna nie przychodziła mu do głowy. Ale przecież "wsiowa" nie może mieć racji... A może ma...

- Przepraszam za niego - wszedł mu w słowo Michał. - Opowiedz, o co chodzi z owym przeznaczeniem naszej małej Pashiry?

(Jeśli już czyjejś, to Gosi a nie twojej - cicho mruknęła Pashira, ale nikt nie zwrócił na to uwagi)

- Otóż, jest ona jedną z tych, które nie tylko potrafią widzieć wątki czasu, lecz również zmieniać je i przenikać z jednego w inny.

- Mówiąc po ludzku - Przenosić się w czasie? - Zapytała Gośka

- Ale to nie jest możliwe! Paradoks... - zaprotestował gwałtownie Piotruś

- Paradoks jest dla dzieci, które nie potrafią nic zrobić bez naruszania osnowy rzeczywistości.

- Przestań się kłócić, Piotruś i pozwól skończyć tej pani. Później możesz się pytać - Gośka wzięła sprawy w swoje ręce, zdając sobie sprawę że jak tak dalej pójdzie, niczego się nie dowiedzą. Już parę razy rozmawiała z "Prawdziwymi Magami" i najbardziej irytujący w nich był ich ośli upór, jaki wykazywali w "obronie" słuszności swoich teorii. "Obronie", która polegała na powtarzaniu wariacji na temat: "My mamy rację, ponieważ to my mamy rację a nie wy."

- W porządku, nic się nie stało - Cyganka uśmiechnęła się, jakby znała myśli dziewczyny. - Talent ten mają może dwie osoby na świecie. Ujawnia się on nie dla zabawy (wymowne spojrzenie w stronę Maga), lecz w chwilach, gdy porządek zostanie zakłócony i wymaga naprawy. Tak jest w tej chwili.

- O, fajnie. Będę ratował świat - rozweselił się Michał.

- Co się stało? - Spytał Grzegorz.

- Nikt nie wie jak, ale Technokracja w jakiś sposób zdołała zniszczyć Ziarna Wiedzy.

- Co to jest?

- Pięć ziaren, pochodzących z legendarnego Drzewa Wiedzy. Poprzez lata, Cyganie byli strażnikami tych artefaktów, oczekując Konwergencji, w czasie której ziarna zostaną zebrane razem i zasadzone. Stanie się to, gdy nasz świat się skończy. Wtedy z ziaren wyrośnie nowy świat. Tak przynajmniej głosi jedna z wersji legendy.

- Legendy? - spytał się Piotruś.

- Tak, legendy. Ale same ziarna są - a właściwie były - autentyczne.

- I co mamy zrobić? - spytał się Michał I.

- Proszę was o pomoc. Proszę was o wyruszenie z Pashirą poprzez Czas i odnalezienie momentów zagłady poszczególnych ziaren. To trudne zadanie. Wiemy tylko, jak zaginęło pierwsze z nich, gdyż do dziś żyją ci, którzy to pamiętają.

- I co, mamy do tego nie dopuścić?

- Nie. Dlatego to jest takie trudne. Nie wolno zmieniać przeszłości, przynajmniej w tak znaczący sposób. Świat może po prostu nie wytrzymać drugiej takiej zmiany. Dlatego trzeba wykraść ziarna, dokładnie na chwilę przed zniszczeniem. Dzięki temu Przeszłość pozostanie prawie nie zmieniona, a wy wrócicie z ziarnami.

- Co dają te ziarna?

- Lepiej zapytaj chłopcze, co zabierają. Strzeżcie się ich. Wiedza w nich zgromadzona nie jest bowiem dla śmiertelnych. To Zakazany Owoc, który uczynił kiedyś człowieka słabym. Potrafią przyprawić o szaleństwo tych, którzy ich choćby dotkną.

- Więc jak mamy je zdobyć?

- Tylko Cyganie, Lud Daenny jest odporny na szaleństwo. Byliśmy strażnikami tak długo, że ziarna nie mają nad nami takiej władzy.

- Kiedy mamy wyruszać?

- Natychmiast - milcząca dotąd dziewczynka znów się ożywiła. - Właśnie zaraz będę mogła dokonać przeskoku.

- Natychmiast? - Pomysł nie przypadł nikomu do gustu.

- Tak. Idziecie, czy mam iść sama?

- Co mamy robić?

- Iść za mną.

Stara Pashira tylko skinęła głową, po czym podała Gosi zwój zapisanego papieru. Dziewczynka zrobiła krok w stronę Piotrkowskiej

Tylko

Że

Piotrkowskiej nie było. Za to był dziewiczy las, rozpościerający się wszędzie wokół. Słońce przesączało się przez korony drzew, dając niewiele światła, w którym pnie wyglądały jak megality. Wszędzie słychać było śpiew ptaków i szum wiatru. Nic nie wskazywało na to, że w tej okolicy są jacyś ludzie.

Pół dnia później, wszyscy już mieli serdecznie dosyć całej tej wędrówki. Gośka zastanawiała się, kiedy matka zgłosi na policję jej zaginięcie, a kiedy postawi na nogi ONZ, Michał zastanawiał się, jak w takiej sytuacji zdobędą pożywienie, że już o jakiejś księdze z zaklęciami nie wspominając, zaś Piotruś zastanawiał się nad tym, jak zdobędzie jeszcze coś, bez czego już wkrótce ON będzie miał poważne kłopoty... Jedynie Grzegorz był wesoły - lata życia w lesie i na wpół - niedźwiedzia natura pozwalały mu nie martwić się o kwestie przetrwania. Wszyscy się jednak poważnie zastanawiali, jakim cudem wpakowali się w coś takiego... Pashira pozostała natomiast jak zwykle nieobecna myślami, jakby była zupełnie gdzieś indziej.

- Myślę że tam!

...

Reszta zatrzymała się i spojrzała na dziewczynkę, która nie odezwała się od czasu zniknięcia z rzeczywistości, którą z dużym przybliżeniem można było uznać za "normalną". Pashira pokazywała ręką w kierunku prześwitu w leśnej dali.

- Nie pokazuje się palcem - mruknął Grzegorz

- Daj spokój, Pashira - Michał stracił już resztki optymizmu. - Takich prześwitów widzieliśmy już ze setkę. Po prostu zabłądziliśmy, a w takiej sytuacji najlepiej...

- Czuje JĘ!

- Co?!

- Wyczuwam Ziarno. Wiem że jest w tamtym kierunku. Musimy iść tam.

- Jak...?

- A opisz mi jak chodzisz. To kwestia instynktu, a nie rozumu. Po prostu nie potrafię tego wytłumaczyć. Wiem, że jest tam.

- Dobra... więc chodźmy. I miejmy nadzieję, że się nie mylisz.

Marek Akiyama obudził się, w duchu klnąc na swą poduszkę, która po raz kolejny spadła z łóżka w czasie snu. Było to o tyle nieprzyjemne, że w tej chwili zmiennokształtnego czarodzieja bolał kark. W ogóle całe łóżko było dziś jakieś niewygodne... wilgotne... a gdzie kołdra... cholera... ja chyba...

W trzy minuty później, po rzuceniu zaklęcia, które (wprawdzie czasowo) przywróciło mu wzrok, stwierdził, że obudził się w lesie...

W tym samym czasie, Michał objaśniał swoim przyjaciołom, jakie są zasady podróżowania w czasie. Większość go słuchała, choć mina Piotrusia obwieszczała światu "za dużo Star Trek się naoglądało...", zaś Pashira zajęta była obserwacją jakiegoś kolorowego ptaka, który niedaleko przysiadł na gałęzi.

- Po pierwsze, nie wolno nam niczego zmieniać. Niczego zabierać, dawać, nawet nie powinniśmy rozmawiać. Piotrek, znasz jakieś zaklęcie wymazujące wspomnienia?

- Nie, to nie moja specjalność.

- Trudno. A więc: nie rozmawiać, nie brać niczego i pod żadnym pozorem, z nikim nie walczyć.

- Dlaczego? - zdziwiła się Gośka.

- Bo możesz, nawet o tym nie wiedząc, zabić swojego prapra... dziadka. Rozumiesz?

- No nie wiem, to chyba nie wygląda w ten sposób. Inaczej już byśmy zakłócili to twoje kontinuum. A poza tym, jak rozwiążemy sprawę jedzenia?

- To proste. Musimy wszystko załatwić dzisiejszego popołudnia.

- To nie jest możliwe - do rozmowy wtrąciła Pashira.

- Dlaczego???

- Ponieważ atak nastąpi dopiero jutro.

- Nie mogłaś nas dokładniej przerzucić? - pretensja w głosie Michała była wyraźniejsza niż czarne na białym. - Teraz wszystko może się zawalić.

- Nie panuję nad tym - to była jedyna odpowiedź małej Cyganki, która po tym odwróciła się i wróciła do obserwacji ptaka.

- Cholera... - Michał był mocno zdenerwowany. - Piotrek, musimy pogadać na osobności.

"Co oni znowu kombinują?.." pomyślała Gośka, ale nie mogła im przecież zabronić, a podsłuchiwanie było poniżej jej godności.

W tych nastrojach podróżnicy dotarli do wioski. Niestety - tam po raz pierwszy musieli zrobić małe ustępstwo na rzecz "pierwszej dyrektywy" - z najbliższego ścianie lasu gospodarstwa ukradli suszące się na sznurku ubrania. Michał był niezbyt zadowolony z tego powodu, ale zgodził się, że pokazanie się w obecnych strojach we wiosce nie jest najlepszą metodą na nie zwracanie na siebie uwagi. Tak więc przebrali się za wieśniaków, po czym wyszli na drogę, bacznie nasłuchując rozmów, dzięki którym mieli nadzieję zorientować się, w jakim kraju się znaleźli.

- Żabojady... - parsknął Piotruś. - Ciekawe czy ktoś z nas zna francuski...