Wyszukiwanie

Świat Mroku
Świat Mroku: ogólne
Wampir
  Nomads
Wilkołak
Mag
Changeling: the Dreaming
Mumia
Świat Mroku: Opowiadania
Gry fabularne
  Hunter
  Mag
  Mumia
  Wampir
  Wraith
Gildie
  DVD
O nas...
Opracowanie graficzne serwisu
Nowa Gildia
Gildie
  DVD
Przyjaciele Nowej Gildii
Passage In Time II: Dwie strony medalu
Ostatnia aktualizacja: 5 styczeń 2001
Autor: Dacarius



Meksyk 1520 do 1989, Łódź 2...

Zupełnie niezbadanym zbiegiem okoliczności, prof. zwycz. prawa, mecenas Lucjan Kotrębski, znany także pod mniej pochlebnymi mianami "ślepej komendy", "Skur... od prawa rzymskiego" czy per "zapalonym czarodziejem", obudził się nie w swoim łóżku, lecz na połaci suchego piachu, tuż nad rzeką. Było to tym bardziej niezwykłe, że w jego rodowitych Poddębicach, ani w Łodzi, w której wykładał na Uniwersytecie, nie było żadnego cieku wodnego, zasługującego na to miano. Owszem, kilka geograficznych "rzek" było, lecz podejście do nich bez maski przeciwgazowej było samobójstwem. Kotrębski wstał, rozejrzał się, rozejrzał się po raz drugi... Przy piątym przestał uważać las na horyzoncie, ani dziwnie ubranych osobników z włóczniami wycelowanymi w jego stronę, za omamy wywołane zaawansowaną krótkowzrocznością...
                W obozie panował chaos. Resztki oddziałów ghouli były ścigane i bezwzględnie zabijanych przez cygańskich wojowników oraz Garou. Pashira przekradła się do głównego namiotu. Niestety, wyglądało na to, że jeżeli gdzieś tutaj był wcześniej Jalomasin, to został już zabrany. Na szczęście, trop był nadal świeży i młoda Phuri Dae była pewna, że potrafi go odnaleźć. Trzeba było jednak zebrać resztę wyprawy. Jednak nie wszyscy byli co do tego zgodni.
- Nigdzie nie idę! Zostawcie mnie - krzyczał niemal histerycznie Piotruś.
- Musisz - Michał stanął obok niego. Musimy obydwaj. Ale wcześniej musimy użyć twej magii, by zrobić coś jeszcze i doskonale o tym wiesz.
- Nie mogę czekać - Pashira nie wiedziała tego na pewno, ale porywacze Jalomasin mieli również Gosię, a mała Cyganka nie zamierzała pozostawiać w ich łapach ani jednego, ani drugiego.
- Tylko chwilę - prosił Michał. - Pashira, to naprawdę ważne dla zachowania Kontinuum. Po prostu ryzyko jest zbyt wielkie.
- Dobrze... Ale nie dłużej, niż godzinę.
Piotruś podniósł głowę. Niezwykłą siłą zabrzmiał w jego głowie nakaz lojalności. Później będzie mógł rozczulać się nad samym sobą. Teraz miał zadanie do wykonania. Skupił się. Wszystkie miejsca jawiły mu się teraz jako jedno, złożone w Punkcie Korespondencji. Tylko kwestią perspektywy było, gdzie znajduje się on i Michał. Piotruś zmienił lekko tę perspektywę i w jednej chwili byli już z powrotem na piaszczystej drodze, na której zeszłej nocy odbyła się potyczka z Domem Tytalus i diabolicznym Tzimisce.
- Chyba to znalazłem - zawołał Michał, po czym podniósł artefakt. Tremere ukryli go w ubranku dziecka. "Pomysłowe" - pomyślał Michał. "Ja bym najpierw przeszukał Maga".

               

Kilkanaście minut później, obydwaj czarodzieje stali na schodach wewnątrz opuszczonej gospody. Nad nimi, na balkonie pojawił się wysoki, przystojny wampir, odziany w czarne szaty. Michał pierwszy zorientował się, że mają przed sobą prawą rękę Tremere 'a i późniejszego zdrajcę - Goratrixa. Tremeryjczyk wysłuchał relacji ghouli, nie zdradzając żadnych emocji.
- Więc artefakt wpadł w ręce Tzimisce, a wy go odzyskaliście?
- Tak, o Panie.
- W porządku. Pragnę was nagrodzić. Bez was, klan znalazłby się w poważnym niebezpieczeństwie.
- To dla nas drobiazg. Nie warto... - Piotruś dostał solidnego kuksańca w bok. - "A co będzie, jeśli w nagrodę ten gość zechce uczynić nas wampirami?!" - wysłał myślowy przekaz do Michała
- "Nie mam nic przeciwko" - odparł w ten sam sposób indagowany
- "Wyobraź więc sobie, że ja mam..."
- Proście, a jeśli tylko leżeć będzie to w zakresie możliwości Klanu, otrzymacie to. Ale pamiętajcie - tylko jedno życzenie.
- Może to wydać się dziwne, ale największym skarbem dla nas będzie glejt z osobistym podpisem Waszej Wysokości i jakimś zaklęciem potwierdzającym autentyczność, który stwierdzi, co dokonaliśmy. - odparł Michał.
- Po co?
- Pochodzimy z daleka. Chcemy przedstawić to naszej Pani.
- W porządku. Niech wam będzie.

 

                Tak więc ruszyliśmy w dalszą drogę. Przeskok wyglądał prawie tak samo, jak poprzednio - widziałam przez moment setki różnych możliwości i czasów, a po chwili, jakby jakaś nadrzędna siła zdecydowała, którą mam wybrać. W takich chwilach bardzo bolało mnie "zamrówczone" oko. Później nie było już zamku De La Bonisagus, ani Cyganów. Była za to rozległa nadrzeczna plaża, szeroka rzeka i dziki, pierwotny las. Jakaś cząstka mnie wiedziała, że za kilkaset lat nie będzie już ani tego lasu, ani tej plaży - zamiast nich stanie tu brzydkie, gorące i nawiedzane przez demony miasto. To miało być jednak dopiero kiedyś. Teraz natomiast najważniejsze było Ziarno.
- No i gdzie ta pestka? - zapytał się żartobliwie Marek
- Nie wiem - odparłam. - Wydaje mi się, że tam wysoko - wskazałam ręką na odległe pasmo gór.
- Więc dlaczego jesteśmy tutaj?
- Ponieważ szukałam również naszych podwojeńców...
- CZEGO? - zapytał się zdegustowany Piotruś - Chyba miałaś na myśli sobowtóry.
- Nieważne. A więc szukałam ich.
- Po co? Przecież już jednego zniszczyliśmy - odparł Michał. Piotruś zbladł, gdy młody magik cieni przypomniał tamtą walkę.
- Mają Gosię. I Jalomasin. To chyba wystarczający powód.
- Ćśśś - wszedł mi w słowo Michał. - Chyba coś usłyszałem
Ups. Zapomniałam dodać, że nie było z nami Grzegorza. Niedźwiedziołak powiedział bowiem, że woli dawne czasy od dzisiejszych i żebyśmy się nie przejmowali nim. Jego rasa bowiem może żyć i tysiąc lat, więc cytując - "jeszcze pewnie się spotkamy". Michał wściekł się dosłownie na Grzegorza, bo mu się ta cała Kontynuacja czy coś zawaliła. Zaś Grzegorz powiedział, że jeśli mu na niej tak zależy, to niech wyrzyga to co zjadł, a potem odda cały magiczny kamień. Na to Michał, że skoro takie numery już odwalają, kawałek komety nic nie znaczy, wobec całego niedźwiedzia i człowieka w jednym.
                Teraz natomiast podchodząc do ściany lasu rozsypaną "tyranierą" czy czymś takim, żałowaliśmy, że nie ma go wśród nas. Ja najbardziej żałowałam jego cukierków, zaś Michał - tego że był duży i silny. Jednak podeszliśmy do źródła hałasu, mając broń w pogotowiu (broni dużo nie mieliśmy, a pogotowie zostało w naszych czasach, ale gdzieś widziałam taki zwrot, więc pewnie tak być musi). Wtedy z krzaków wyskoczyła jakaś straszna, czerwonowłosa postać, z nożem w dłoni! Była naga, umorusana błotem i...
- Piotrek! Czekaj! To Gosia! - krzyknął Marek, zaś Michał zasłonił ją ochronnym znakiem.
- Gośka, co ty tu robisz! - zawołał.
                Czarownica uspokoiła się dopiero gdy spojrzała na mnie. Później, wieczorem, przy ognisku, wyjaśniła, że to dlatego, że w tamtej grupie nie było mnie, tylko jakaś dorosła Cyganka. Gosia opowiedziała, że wtedy była strasznie chora, ale jej "kopia" wyleczyła ją. Próbowali coś od niej wyciągnąć, najgorszy podobno był drugi Piotruś (Wspomniany odwrócił się. Wiem, że to dlatego, by nie widać było jego łez). Chciał ją zabić, czy żywcem rozszarpać, sama nie pamiętam. Reszta go powstrzymywała, aż wreszcie, gdy "przeskoczyli", nie było go wśród nich. Niestety, sama Gosia nie wiedziała, gdzie poszli tamci. Podobno w góry, ale do końca nie wiadomo.
                Poszliśmy więc spać. Bardzo się cieszę, że Gosia jest znowu z nami.

- Nie, nie jestem Hiszpanem.
- Portugalczyk?
- Kolejne pudło.
- Pudło? Masz na myśli skrzynię?
- Nie... Cholera... Tak się mówi w moich stronach. Jestem z Polski. Chyba...
- Masz na myśli to królestwo na granicy Europy i Azji? Przecież tam podobno co drugi to diabeł i poganin.
- Uważaj... KRÓLESTWO??? - Kotrębskiemu zaczynało powoli coś świtać. - Czy... może... twoim... wodzem... jest... Hernan... Cortés?

 

- O wielki magu narodu Azteków, przybywamy w pokoju. Ofiarujemy ci pomoc w walce z białymi diabłami i wymianę wiedzy!
- Aż nie chcę mi się wierzyć, że słowa te przeszły mu przez gardło... - Piotruś spojrzał z podziwem na przyjaciela. - Przecież zawaliło mu się właśnie jego Continuum Czasoprzestrzenne.
- Zamknij się! - odciął Michał - Mamy dowody na to, że nasi przeciwnicy zaburzyli już je w wystarczającym stopniu. To miasto miało bronić się przez dwa miesiące, a teraz - kto wie, jak pójdzie Hiszpanom. Z wsparciem naszych sobowtórów, mogą zająć je w jeden dzień. To dopiero będzie zaburzenie...
                Całe towarzystwo stało pod murami miasta, o skomplikowanej, typowej dla Azteków nazwie. Byli już ubrani w krótkie przepaski biodrowe (oprócz Pashiry i Gosi, która nie dała się przedyskutować i wykazała im jasno, że azteckie kobiety nie nosiły przepasek biodrowych), zaś Gosia i Michał dodatkowo nosili srebrne kolczyki, które oprócz niewątpliwych walorów zdobniczych dawały im znajomość skomplikowanego języka meksykańskich Indian. Marek miał łuk, ale wszyscy modlili się, by nie musiał z niego korzystać.
- Ja, wielki Nylqitzoatl przemyślałem waszą ofertę. Choć wyglądacie jak najeźdźcy Brodacza, szanujecie nasze zwyczaje i naszą mowę. Jesteście szczerzy i nie macie jak inni bladoskórzy podwójnych języków. Wejdźcie i bądźcie naszymi gośćmi. Za waszą pomoc chętnie pomożemy wam w poszukiwaniu waszej relikwii.
- Ja, Michał Pierwszy, mag cieni, przyjmuję twą gościnę w imieniu moim i moich towarzyszy i obiecuję dotrzymać danego słowa.
- Zatem wejdźcie. Na waszą cześć zostanie złożona...
Przemowę Nylquizoatla przerwał huk eksplozji, jaki rozległ się wewnątrz miasta. "Hiszpanie zaatakowali!" pomyślał Michał, zaś po chwili szturchnął Piotrka w ramię.
- Potrafisz przenosić swój wzrok. Spójrz więc, co się zdarzyło.
Piotruś zacisnął palce na swoim medalionie, rytmicznie powtarzając łacińską inkantację. Wiedział, że nie była ona konieczna, ale pomagała dostroić jego percepcję do Punktu Korespondencji - miejsca które było wszystkimi miejscami na raz. A skoro było wszystkimi, to nie było problemu, by zobaczyć dowolne inne miejsce na świecie. NA przykład to, w którym nastąpił wybuch...
- Widzę płonący budynek... To jakaś szopa, albo coś w tym stylu. Z płomieni wybiegają dwie sylwetki, również płonące... Tarzają się, by ugasić ogień. Otaczają ich wojownicy Azteków... Jeden to jakiś Hiszpan, ewidentnie... ma nawet na sobie resztki munduru... Drugi zaś jest biały i ma... ubranie z naszych czasów! Zaraz... skądś go znam... O nie...
- Nie! - dołączyła Gosia. Tylko jeden człowiek mógł być znany Piotrusiowi, przybyć tutaj, narazić się Aztekom i wywołać pożar. - Nie mów mi że to...
- Tak. - odparł młody mag grobowym tonem - to Kotrębski.

 

- Cześć wam wszystkim! Jak miło, że was spotkałem! - Spec od prawa rzymskiego i nagłych pożarów jak zwykle wykazywał niezmącony optymizm.
- Szkoda, że tu przyszliśmy - mruknęła Gosia. - Tak to złożyliby go w ofierze i byłby spokój.
- Możesz mi wyjaśnić wujku, skąd się tu wziąłeś? - spytał Michał
- Nie wiem. Zasnąłem we własnym łóżku.
- To zaczyna być zaraźliwe - mruknął Akiyama.
- A wy? - odparł historyk po chwili.
- To długa historia. Zaczęło się od tego, że szliśmy sobie z Piotrkiem Piotrkowską...

 

                Tak w końcu spotkaliśmy pana Kotrębskiego, który o mało nie został zabity przez Indian. Jedynie interwencja Gosi i Michała (którzy udowodnili miejscowemu magowi, że on nie chciał spalić miasta i nie jest Hiszpanem tylko idiotą) uratowała go przed złożeniem go w ofierze okropnym bogom wojny. Słyszałam że to właśnie dlatego Hiszpanie zniszczyli Indian - gdyż byli oni barbarzyńcami, oddającymi cześć demonom i masowo mordującymi ludzi. Gdy spytałam się jednak o to Gosię, zdenerwowała się i powiedziała, że to jedna wielka bzdura, bo Hiszpanie byli jeszcze gorszymi barbarzyńcami, którzy zabili więcej Indian, niż Aztekowie złożyli ludzi w ofierze. Albo jakoś tak. W każdym razie Indianie mieszkają w domach, mają miasta i bardzo ładne naczynia stołowe. Nie wyglądają mi na barbarzyńców, o jakich uczyli mnie rodzice.
                Mieszkamy w wieży, nieopodal murów miasta. Dostałam od ich maga swój pokój i złoty wisiorek z kawałkiem komety, jaki wspólnie zrobili indiański złotnik i Gosia. Możemy chwilę odpocząć, ale niewiele, ponieważ nasi podwojeńcy też są tutaj i sprzymierzyli się z Hiszpanami.
                Dziś w nocy miałam dziwny sen. Staliśmy na rozdrożu. Z jednej strony był Jalomasin i drugie nasiono, zaś z drugiej tylko to drugie. A może jeszcze inne, nie pamiętam szczegółów. Tylko że droga między nami a Jalomasinem była jakaś dziwnie zdradliwa, niczym wilczy dół. Inni tego nie zauważyli i pomimo moich protestów poszli po dwa ziarna. Jednak wtedy okazało się, że mam rację - pod naszymi nogami rozwarła się przepaść. Zaczęłam krzyczeć, lecz mimo to spadaliśmy. Już myślałam, że zginiemy, gdy czas się zatrzymał. Obudziłam się, jednak nie zdążyłam opowiedzieć nikomu swojego snu. Służąca powiedziała mi, że moi przyjaciele poszli walczyć z Hiszpanami.

 

                Cienie żyły. Przynajmniej żyły wokół rozłożonego w skalistej kotlinie obozu Hiszpanów. W Cieniach tych było ukryte inne życie, przesycone, podobnie jak sam cień, wrogością. Strażnicy, patrolujący granice obozu, nie zauważali jednak w tych kłębiących się oparach ciemności nic podejrzanego - ot wieczór nadchodził...
                Wraz z nim nadeszła śmierć. Ciche, pierzaste strzały odebrały haracz za nieuwagę.
                Cienie opanowały kotlinę. Wpadały do namiotów i uderzeniami pałek pozbawiały przytomności ich mieszkańców. Sercami nieszczęśników już wkrótce nasyci się Hulizotopochi, krwawy bóg wojny. Żniwo nie było zbyt wielkie, gdyż większa część sił była daleko poza obozem. Jednak ta niewielka część wystarczyła, by nasycić żądzę zemsty.
                Kilka cieni wdarło się do jedynego budynku w obozie, drewnianego baraku. Chcieli zdobyć specjalną ofiarę. Jednak ich plan został zakłócony. Rozległ się huk - nie zwykły huk arkebuza, miotającej śmierć broni najeźdźców, lecz warczące, urywane stacatto. Ogniste muchy dosłownie rozcięły jeden z cieni, powodując że padł, bryzgając zwyczajną, ludzką krwią. Drugi, brocząc z wielu ran, padł obok towarzysza. Zapadła cisza...
- To niemożliwe...- szepnął Piotruś
- Mają broń maszynową. Ładne mi Continuum - parsknęła Gosia
- To muszą być nasze kopie - syknął Michał.
- I co teraz - Gosia jak zwykle chciała nie dopuścić do zbyt wielu trupów - nawet jeden pistolet wystarczy by urządzić rzeź wśród tych wojowników! Musimy coś zrobić!
- Ale co? Gdybyśmy tez mieli jakąś broń...
- Mamy - wtrącił Kotrębski.
- Nie, tylko nie to!
- Lepiej by on nas wystrzelał?
- Wygrałeś - Gosia opuściła ręce w wyrazie rezygnacji. - Przeniosę nas tuż za tego "konkwistadora". Później rób co chcesz.
- Zabierz też mnie - dodał Michał. - trochę mu pogorszę wzrok.
Gosia rozpoczęła inkantację. Chwilę później, magiczna energia przepłynęła przez jej ciało, wzbijając w powietrze srebrny pył, tworzący magiczny krąg. Gdy pył opadł, Michał już recytował swą modlitwę do sił ciemności, by spowiły całunem mroku i szaleństwa ich wroga
Ignis Conflagratio Domini ! - rozległ się okrzyk obok niej
"Mam nadzieję że tym razem trafi w przeciwnika" - Gosia nie mogła powstrzymać się od tej myśli. W tym momencie ciszę przerwał krótki trzask i magini poczuła gwałtowny ból w ramieniu. Trwało to tylko chwilę, po której osunęła się bez czucia na ziemię.
Kotrębski wykrzyczał resztę zaklęcia i uzbrojonego w pistolet maszynowy Hiszpana spowił ogień. Człowiek zaczął wrzeszczeć z bólu i tarzać się po ziemi, by zgasić obejmujące go płomienie. Wtedy Michał podbiegł i pozbawił go przytomności rękojeścią swego sztyletu. Powietrze wypełnił duszący odór spalonej skóry i włosów. Młody czarodziej zajął się cuceniem dziewczyny i opatrywaniem zranionego ramienia. Jego wuj był bardziej zainteresowany pistoletem.
                Kilka minut później cała trójka wyszła z baraku. Gośka wspierała się na ramieniu Michała, trzymając w ręce wydarty Lucjanowi UZI.
- Proszę! Oto twoje nienaruszanie równowagi! - rzuciła karabin na ziemię. - Mam paskudne wrażenie, że to wszystko przez nas.
- Dlaczego? - Akiyama był naprawdę zdziwiony - przecież my nie mamy takiej broni.
- Już mamy - odparł Michał, skwapliwie podnosząc UZI z ziemi.
- Gdyby nas tutaj nie było, nie pojawiliby się również oni. To chyba powinno być jasne nawet dla ciebie.
- Tak? - Piotruś postanowił zaoponować. - A według ciebie, co wtedy stałoby się z ziarnami?
- Skąd wiemy, że to prawda? Może tamta cyganka chciała tylko wykorzystać Pashirę i nas do swych celów?
Po tych słowach zapadła kłopotliwa cisza.
- Nie pomyśleliście nad tym, że to nie fantasy? - kontynuowała młoda wiedźma - Że tajemniczy osobnik w karczmie niekoniecznie musi wysłać nas na misję zbawiania świata? Że może chce nas wysłać w zupełnie odwrotnym celu? Albo jeszcze innym, nie mającym nic wspólnego z dobrem świata?
- Może masz rację - zaczął ostrożnie Piotruś. - Ale nie mamy na to dowodów.
- Dlatego nie mówię, żebyśmy wracali. Ale chodzi mi o to, żeby nie traktować tego tak beztrosko. Michał miał odrobinę racji. Możemy naprawdę spowodować nieodwracalne zmiany. I co wtedy?
- Masz rację - stwierdził Akiyama - Ale to tylko dowodzi tego, że trzeba jak najszybciej powstrzymać nasze sobowtóry...
- Klony - przerwał mu Piotruś
- Gdzie?!
- Chodziło mi o to, że są to klony. Myślałem, że to może my z późniejszej misji, albo z jakiegoś rozgałęzienia czasu. Ale teraz już wszystko rozumiem. To klony.
- Ja do końca jeszcze nie jestem pewna - mruknęła Gosia - a jeśli twoja wcześniejsza teoria jest prawdziwa?
- Popatrz, to wszystko układa się w logiczną całość. Śmierdzi Technokracją na kilometry. Tytalus, karabiny, Tzimisce, konkwistadorzy - oni wszyscy są powiązani z Zakonem Rozsądku, znanym później jako Unia Technokratów. No to dodaj jeszcze nasze klony i puzzle ułożone.
- Gdyby to było takie proste...
- Jest.
- No to na co jeszcze czekamy? - Wtrącił Kotrębski - Nie ma ich w obozie. To znaczy że poszli tam, gdzie my mieliśmy iść wcześniej - w góry.
- Musimy wracać po Pashirę. - przypomniała Gosia
- Cholera, kolejne opóźnienie. Zaraz znów nam zwiną ziarno sprzed nosa. - zmiennokształtny był wyraźnie zirytowany. - Zaraz! Gosia! Ty przecież dużo lepiej potrafisz teleportować w tych czasach! Przenieś nas przed nasze klony!
- Muszę znać miejsce, do którego podążam. Inaczej...
- Pashira przecież je zna! - przypomniał magik cieni.
- No tak... można spróbować w ten sposób.

 

                I tak znaleźliśmy się w górach. To było niesamowite wrażenie - tak jakby Gosia prowadziła nas przez srebrną mgłę, a ja służyła jej za oczy. Jednak się udało. Wszyscy się cieszyli i gratulowali mojej przyjaciółce. Wtedy zaczęłam czuć się samotnie - w końcu to była też moja zasługa, a o mnie zapomnieli. Poczułam się zazdrosna o Gosię - gdybym była starsza i umiała tyle co ona, też by wszyscy o mnie pamiętali i lubili mnie. Przypomniałam sobie chwile, gdy Gosia była porwana i wszystko zależało ode mnie. Przez chwilkę - drobną chwilkę żałowałam, że w końcu ją odnaleźliśmy. Przepraszam cię, Księżycowa Magini. Teraz wiem, że to nie twoja wina. Ale w takich chwilach czasem trudno jest panować nad myślami.

                Tymczasem podążaliśmy stromą, górską ścieżką. Żar lał się na nas z nieba, zaś my wspinaliśmy się po wypalonym trakcie. Widoki były wspaniałe - tak jawią mi się teraz, ale wtedy myśleliśmy tylko o słońcu i górskiej grocie, do której próbowaliśmy się dostać. Ja nawet nie myślałam o Nasieniu Wiedzy, tylko o tym, że w grotach zawsze jest chłodno i nie ma słońca. Świat zaczął się kręcić, a droga falowała. To było tak dziwne i straszne zarazem.... Droga się urwała, a ja spadałam w przepaść... Nie bałam się... to było... nawet przyjemne... dziwne... na dole był nasz świat, a ja leciałam ku niemu. W powietrzu unosiły się brzoskwinie, albo coś w tym stylu. To było nawet zabawne.

                Mniej przyjemne było przebudzenie. Głowa bolała mnie, zaś do mojego zmęczonego umysłu przedarła się myśl, że lekarstwo od bólu głowy wynajdą za kilkaset lat. Miałam na czole zimny kompres, a nade mną był pokryty soplami sufit. Przypomniałam sobie, że te sople nie są z lodu, ale z krystalicznego wapna, wypłukanego przez krople wody. Nawet wiedziałam kiedyś, jak się nazywają, ale to taka trudna nazwa... Po chwili zauważyłam moją opiekunkę, która siedziała obok.

- Pashira, dobrze się czujesz? - w jej głosie słychać było realną troskę.

- Taaak... Chyba...

- To udar słoneczny - wyjaśnił Marek - powinniśmy byli pamiętać o nakryciach głowy. Mam nadzieję, że moja pacjentka czuje się lepiej.

No tak, zapomniałam, że Marek jest lekarzem.

- Tak - odparłam i próbowałam wstać. Świat zawirował ponownie i chciał się rozpaść. Ze zdrowego oka zaczęły mi się mimowolnie sączyć łzy.

- Powoli, maleńka, bo sobie zrobisz krzywdę - Gosia przytrzymała mnie, chroniąc przed upadkiem.

"Nie jestem maleńka. Miałam iść do szkoły" - chciałam powiedzieć, ale nie miałam sił na odgrywanie silnej i dorosłej osoby.

Po chwili zauważyłam, że przygląda mi się inna dziewczynka, o ciemnej skórze i czarnych włosach. Myślałam przez chwilę, że to Indianka, ale po chwili zorientowałam się, że, podobnie jak ja, należy ona do cygańskiego rodu.

- To Milena - przedstawiła ją Gosia - jest strażniczką Ziarna.

- Witaj - powiedziałam. Milena w odpowiedzi jedynie skinęła głową.

                Dziewczyna była może w wieku Gosi i była naprawdę piękna. Miała długie, czarne włosy i zielone, kocie oczy. Ubrana była po indiańsku, podobnie jak jej rodzina, mieszkająca w tej grocie. Podobno przybyli tutaj wraz z pierwszymi Białymi, jacy stanęli w Meksyku, po czym ruszyli w głąb lądu, ukrywając największy skarb rodu - Nasiono. Cyganie ci należeli do Rodu Ravnos, a ich zadaniem było, by ziarno nie wpadło w ręce tej części rodu, która należała do pijących krew Shilmulo. Milena była Naznaczona, wybrana przez Żywioł Ziemi na strażnika Kooseren, Nasienia Przebudzenia Ziemi, które dawało swemu strażnikowi wiedzę odróżniania prawdy od kłamstwa. Aby jednak moc ta nie została wykorzystana w złym celu, Milena zamilkła i odzywała się tylko w wyjątkowych sytuacjach.

                Pozostaliśmy dwa dni z Cyganami (Michał twierdzi że trzy, z czego jeden byłam nieprzytomna), w tym czasie Ravnos uczyli mnie wszystkiego, co Strażnik Ziarna wiedzieć powinien. Poznałam pozostałe Rody - braci wilków - Lupinów, ludu Faerie - Urmenów, Phuri Dae - najczystszej krwi Cyganów i Banjara, żyjącego w dalekich Indiach (mojej ojczyźnie, więc może i ja jestem z tej rodziny?) rodu mędrców. Poznałam dokładnie historię ziaren, oraz ich pierwszej Strażniczki - Daenny. Michał parę razy wtrącił się, w momencie gdy Katina, matka Mileny, opowiadała o Shilmulo. Twierdził że Dracian, mąż Daenny i kreator Nasion tak naprawdę nazywał się inaczej i był kimś, kogo on nazwał Przedwiecznym i Założycielem Klanu Gangrel - cokolwiek mogłoby to oznaczać. Ale podobno z moich przyjaciół Michał najlepiej zna się na Shilmulo, więc nie kwestionowałam tego, co powiedział.

                Tymczasem Marek, Piotrek i pan Kotrębski budowali wokół groty rozmaite konstrukcje, które miały się przydać, gdy zjawią się nasi podwojeńcy. (Piotrek nazywa je "klonami", ale to bzdura, bo klon to takie drzewo). Gosia twierdziła, że to nie są metody działania prawdziwych magów, lecz jakiś bandytów, a poza tym jej przeczucie mówiło, że te pułapki mogą być bezużyteczne. Wtedy Michał pocieszył ją, mówiąc, że dokonała nadinterpretacji - "bezużyteczne" oznacza według niego, że po prostu mogą tak łatwo pokonać wroga, że nie będą one potrzebne. Gosia zezłościła się i powiedziała, że takiego talentu do samookłamywania się nie ma nikt inny na świecie.

                Wreszcie Ravnos przynieśli mi Ziarno. Myślałam, że Milena będzie zła na mnie, bo w końcu to ona została wybrana. Jednak gdy podawała mi otwartą szkatułkę, w której leżało idealnie czarne ziarno z białym symbolem gwiazdy, na jej twarzy zobaczyłam... ulgę. Tak, jakby nawet dla kogoś z Krwi, wiedza zgromadzona w Nasieniu była zbyt dużym brzemieniem. Przyjęłam szkatułkę, przysięgając sobie, że tego Ziarna nic mi nie będzie w stanie odebrać. Tak stałam się strażnikiem Kooseren, Ziarna Prawdy.

 

                Cienie już się wydłużały, gdy czarodzieje kończyli przygotowania do bitwy. Pashira i Gosia miały trzymać się na uboczu, zaś pozostali ustawili się na drodze, w pobliżu linek uruchamiających pułapki. Dzień wcześniej, młody Prawdziwy Mag przywołał wizję swoich wrogów, dzięki czemu dowiedział się, że diaboliczni Tzimisce podarowali im "na pożegnanie"

Vozhd 'a - bojową bestię, złożoną z kilkunastu ludzi i zwierząt, stopionych w jedno diabelskimi umiejętnościami wampirów. Teraz, krwiożerczy stwór służył jako wierzchowiec, niosący fałszywą Gośkę i drugą Pashirę. Kotrębski był jednak pewien, że gdy dojdzie do bitwy, posłuży on raczej w charakterze "żywego czołgu". Dlatego też jedną z "niespodzianek" młodych magów była wiązka drzewnych pni, która miała się stoczyć w dół górskiej ścieżki...

                Ostatnie promienie słońca oświetlały górskie zbocza, gdy wreszcie powietrze wypełnił stłumiony łoskot, taki jaki mogło wydawać tylko niezwykle ciężkie zwierzę, pędzące górską drogą. Marek zaczął recytować Zaklęcie Przemiany, momentalnie zyskując oczy i sylwetkę Conana Barbarzyńcy. Piotruś wczuł się w Punkt Korespondencji, zyskując widok drogi z lotu ptaka, by lepiej obserwować ruchy przeciwników. Lucjan wyjął ze swego bagażu kulki smoły i siarki, które dostał od Azteków, zaś Michał przygotowywał się, by zaklęciem Cieni zamglić wzrok wrogów, czyniąc

  nich łatwy cel. Wszystko szło doskonale i zgodnie z planem.

                W pewnym momencie obserwujący zbliżającego się

Vozhd 'a Mag Hermesa, zauważył, że coś na granicy jego percepcji wymyka się Zmysłowi Korespondencji. Momentalnie wrócił do swojego ciała, by odkryć, że inni mają ten sam problem. Cienie tańczyły wokół nich, zaburzając zmysły i uniemożliwiając koncentrację. A tymczasem tętent Bojowego Ghoula był coraz bliższy...

- Michał, to twoja sprawka?! - zawołał Piotruś, odkrywając, że ciemność tłumi też dźwięki.

- Nie... O cholera, przecież ONI umieją najprawdopodobniej to samo co my!

- Szybko, Zaklęcie Rozplatania! - zawołał Marek

- Na mnie nie liczcie -

  odparł Lucjan. - To jedyne Kontrzaklęcie którego nie znam.

- Gosia je znała!

- Ale jej tu nie ma, kretynie!

Piotrek, walcząc z bólem głowy i narastającą wściekłością ("to pewnie przez te cienie... budzą moją Bestię..."), próbował skupić uwagę na tyle, by wyczuć strumień Pierwiastka, płynący przez jego ciało. Wyczuł go, jak i inne strumienie, tworzące magiczną ciemność nad ich kryjówką. Skierował strumień swych sił życiowych, niczym miotacz ognia, paląc nici wrogiego zaklęcia. Poczuł gwałtowne osłabienie i zawroty głowy, lecz złe cienie zniknęły, uwalniając swe ofiary.

                Rozejrzał się. W tym momencie zza zakrętu, na osłabioną jeszcze Czarem Cieni grupę, wypadła bestia. Michał stał sparaliżowany, już po raz drugi w ciągu ostatnich dni widząc, jak monstrualna paszcza zbliża się ku niemu. "Tym razem to koniec, tu nie ma dokąd uciec!" pomyślał. Marek tym razem wykazał jednak więcej zdrowego rozsądku i zamiast próbować transformować się w ptaka, szarpnął sznur uaktywniający pułapkę. Z ogłuszającym hałasem, pnie stoczyły się na drogę, wprost pod nogi potwora. Rozległ się trzask łamanych pni i kości, zaś bestia upadła na ziemię. Tymczasem Lucjan skończył inkantację, wypuszczając na ziemię kulę siarki i smoły, która natychmiast zmieniła się w strużkę ognia, zaś chwilę później w ognistą burzę, która spowiła leżące monstrum. Ryk Bojowego Ghoula i smród spalonego mięsa wypełniły powietrze.

                Małgosia i jej cygańska podopieczna obserwowały całe zdarzenie z daleka. Cały czas jednak, obydwie czuły poważny niepokój - coś było tu nie tak...

Vozhd, owszem, został pokonany, ale gdzie reszta napastników... Nie zdążyła jednak przekazać tego innym, gdyż wokół niej zamknęła się kula ciemności...

               

"Hura!" chciał zakrzyknąć Michał, jednak przeszkodziło mu w tym niewyjaśnione poczucie zagrożenia. Odwrócił się i spojrzał prosto w twarz swej Mistrzyni, Marty. Wampirzyca wyciągnęła doń ręce, tak, jakby błagała go o pomoc. Jednak gdy zrobił krok przed siebie, z jej palców wystrzeliły smugi energii, które przeszyły jego ciało. Chciał krzyczeć z bólu, jednak nie mógł otworzyć ust. Do dłoni Tremeryjki wytrysnęła krew z ran na ciele młodego ghoula, szybko pozbawiając go sił życiowych... A gdy krew się skończyła, ciało czarodzieja zaczęło się rozpadać, by zasilić ów strumień życiodajnego płynu...

           

Marek spojrzał prosto w twarz Piotrka. Prawdziwy Mag patrzył się na niego z pogardą. "Wiesz o tym, kim jestem, wsiowy magu. Za to zginiesz". Jego czy płonęły nieziemskim ogniem, w którym ciało zmiennokształtnego zaczęło się rozpadać. Akiyama próbował wykrzyczeć kontrzaklęcie, ale jego moc była bezużyteczna, wiejskie przesądy nie mogące mierzyć się z prawdziwą mocą... Akiyama zapadł się w ciemność, w której nie było nadziei na światło.

           

Kotrębski próbował walczyć. Otaczali go wrogowie i złe duchy, które przyzwał, lecz nie umiał kontrolować. Wykrzykiwał zaklęcia jedno po drugim, lecz nic się nie wydarzyło. W końcu wezwał Płomień Piekieł. Jednak zamiast otoczyć jego wrogów, ogień pochłonął jego samego, spalając ubranie, skórę i powoli spopielając