Wyszukiwanie

Varia
Gildia Rycerska
Nowa Gildia
Gildie
  DVD
Kobiety w bractwach
Ostatnia aktualizacja: 21 września 2003
Autor: Joanna "Ashka" Ejsmont



Komentarz Mirka

Komentarz Jacka

Komentarz Piotra

Komentarz Piotra z Gdańska

W ostatnich kilku latach powstało mnóstwo przeróżnych bractw rycerskich na terenie całej Polski. Zabawa w rycerstwo stała się wręcz modna. Nie tylko chłopaki się tym zajmują, w bractwach można też spotkać dziewczyny. Jest ich mniej, ale są. Czy też walczą? Jaka jest ich rola w bractwach i co tam robią? Gdy pytałam chłopaków z bractw, dziwili się pytaniem i nie umieli w pierwszej chwili na nie odpowiedzieć. Po namyśle mówili, że czasem tańczą a niektóre strzelają z łuku. W niektórych bractwach pomagają w organizacji turniejów. Raz od święta powalczą na miecze (nieliczne jednostki i zazwyczaj na jedynki), szyją sobie kiecki, malują paznokcie i często marudzą. Co ciekawe, rycerze nie widzą nic dziwnego w tym, że dziewczyny tak mało się udzielają w bractwie. Jest to dla nich sytuacja normalna.

Gdy zadawałam to pytanie dziewczynom, mówiły mniej więcej to samo, no może za wyjątkiem marudzenia. Spotkałam się z bractwem, gdzie dziewczyny nie robią dokumentnie nic! Nie walczą, bo nie, bo to ciężkie, nie strzelają, bo nie i nie tańczą, bo nie. Na pytanie: "a co wy właściwie robicie?" otrzymałam niewinną odpowiedź "bo dziewczyny muszą się oswoić" i tak się oswajają już cztery lata. Na turniejach najczęściej chodzą po okolicy, gadają, zmieniają kiecki i ładnie (lub nie) wyglądają. Na biesiadzie sobie poskaczą i tyle. I przez cały czas marudzą. Raz im za gorąco, raz za zimno, tego im się nie chce robić, a to po co? I tak w kółko. Te, co strzelają biorą udział w turnieju łuczniczym. Na biegu rycerskim są rzadko widziane. Ostatnio w Bytowie, kobiety biorące udział w biegu, nie były z bractwa tylko z zespołu tanecznego. Członkinie bractw po prostu nie miały na to ochoty. Na machinach czasem jakiś rodzynek się trafi, ale w zdecydowanejwiększości,rodzynek ten nie umie się posługiwać mieczem i oprócz dostarczenia sobie i innym rozrywki, utwierdza rycerzy w przekonaniu, że dobrze robią, nie dopuszczając kobiet do bitew. Wyjątek od tej reguły miałam okazję zobaczyć w Ostródzie. Asia z Brodnicy (to nie ja, żeby nie było wątpliwości), bardzo dobrze radziła sobie na machinach Pagińskiego. Bywa też, że organizator nie dopuszcza dziewczyn do poszczególnych konkurencji lub jak to było np. w Kętrzynie, sprowadza je do roli białogłowy do uwolnienia. Bieg w Kętrzynie był bardzo ciekawy, o czym pisałam już wcześniej, ale aktywne zajęcie mieli tam tylko faceci.

Niestety, bardzo często kobiety swoją bytnością niczego nie wnoszą do bractw. Jeśli szyją, to tylko dla siebie (znam nawet taki przypadek, że faceci nauczyli się sami szyć, bo ich koleżankom się nie chciało). Uzbrojenia sobie same nie zrobią, na turniejach nie robią nic, nie tańczą a ich własny sprzęt trzeba im nosić na treningi. Na treningach, spotkaniach zresztą, jak już są, to głównie plotkują i malują paznokcie (pod tym względem faceci, w wielu bractwach, nie są w cale lepsi - siedzą, gadają i piją piwo). Jeżeli do tego są marudne, to wcale nie dziwię się, że w niektórych bractwach niechętnie przyjmują dziewczyny. Bywa tak, że panienki wstępują do bractw tylko dlatego, że jest w nim ich chłopak i/lub koleżanka. Nie interesuje ich sama idea bractwa, jeżdżą ze swoim facetem na turnieje, powałęsają się w kiecce i są szczęśliwe. Reszta ich nie obchodzi. Za miecze biorą się bardzo rzadko i najczęściej bez żadnego przygotowania kondycyjnego. Bez kondycji, bez siły w rękach, biorą miecz do ręki i są zaskoczone jego wagą! Pomachają parę razy i się zmęczą. Chłopaki się z nich śmieją, więc zawstydzone i zniechęcone rezygnują. A wystarczyłoby najpierw poćwiczyć trochę. I kochani mężczyźni: trochę wyrozumiałości. Dziewczyny boją się śmieszności, siniaków, skaleczeń i nie lubią się męczyć. Nie lubią nosić tego "brudnego, zardzewiałego żelastwa". Przecież te kolczugi tak strasznie wyrywają włosy, a pod hełmem nie widać makijażu. Poza tym ich to nie interesuje.

Nie tylko z winy samych dziewczyn, mało jest takich, które zajmują się walką. Męska część bractw skutecznie je do tego zniechęca, naśmiewając się lub wręcz zabraniając walczyć. Bo to nie historyczne, kobiety nie umieją walczyć (jak ich nikt nie chce uczyć, to ni by jak mają umieć?), nie mają siły, bo kobiet się nie bije, bo... - powodów jest mnóstwo na każdą okazję. Czasem któryś przebąkuje, że to wstyd dostać od kobiety. Bywa, że kierując się przesadzoną troską, chłopak zabrania walczyć swojej dziewczynie, a ona najczęściej poddaje się tej nadopiekuńczości. Takie bractwa ograniczają rolę kobiet w swych strukturach. Gdy napotkają walczącą dziewczynę, próbują na różne sposoby, również te wulgarne i chamskie, uświadomić jej, że nadaje się ona co najwyżej do garów. Nie widzą nic dziwnego w tym, że dziewczyny na turniejach tylko ładnie wyglądają i pomagają przy biesiadach. W końcu taka jest rola kobiety. Jeśli robią coś więcej (np. pomagają w organizacji, szyją, tańczą, czy strzelają z łuku), to bardzo dobrze, na to się jeszcze zgadzają, byleby się za miecz nie łapały. A kobiety nic nie robią, bo im się nie chce i nie muszą. Nikt od nich nic nie wymaga, nie mają motywacji, by coś robić. Kółko się zamyka. Kobieta walcząca mieczem ciągle jest niedocenianą rzadkością. Wielu nie akceptuje faktu, że kobieta walczy. Patrzy się na taką jak na dziwaczkę, która ma chwilowy kaprys, który trzeba jej szybko wybić z głowy, albo przeczekać aż jej minie. Tylko niektóre bractwa chwalą się tym, że mają taką dziewczynę w swoich szeregach.

Kolejnym problemem jest udział w bitwach. Z tych samych powodów, z których nie mogą uczyć się walki mieczem, dziewczyny nie mogą brać w nich udziału jako osoby walczące. Mogą w nich uczestniczyć, ale tylko jako łuczniczki lub tłum w napadanej wiosce. Słyszałam też kiedyś twierdzenie, że na polu walki faceci widząc przed sobą kobietę mieliby zahamowania i opory (wbite do głowy  "nie bije się kobiet"). Natomiast dziewczyna tych zahamowań by nie miała i walka nie byłaby wyrównana. Ciekawa jestem w jaki sposób, pośród tłumu opancerzonych od stóp do głów (zwłaszcza głów), rycerzy i wojowników rozpoznać kobietę? Po dużych niebieski oczach? Kolczuga spłaszcza, hełm zasłania twarz a drobnych rycerzy jest sporo. Nie jest powiedziane zresztą, że kobieta musi być drobna. Dosyć wiarygodnym powodem wydaje się to, że wielu z rycerzy pełną gębą, wstydziłoby się, gdyby się okazało, że padli na polu walki z ręki kobiety. Stwierdzenie, że kobiety są delikatne i zachodzi obawa, że sobie zrobią krzywdę jakoś mnie nie przekonuje. Jeśli brać to pod uwagę, to nikt nie powinien być dopuszczany do walk. Każdy ma prawo decydować o podejmowanym przez siebie ryzyku. Jeśli już jakaś kobieta zabiera się poważnie za miecz, to najprawdopodobniej zdaje sobie sprawę z tego czym to grozi (zresztą ilu facetów przypomina sobie o tym, gdy już jest za późno i mają sporą szramę na twarzy) i jeśli podejmuje to ryzyko, to całkowicie świadomie.
Jest jeszcze inny powód, o którym słyszałam już od kilku osób. Parę razy dopuszczono kilka dziewczyn do bitew, ale mało, że nie wykorzystały tej szansy, to jeszcze ją zaprzepaściły. Czując się bezkarnie i wręcz bezpiecznie (kto uderzy kobietę?) szły na całość, stosując wszystkie chwyty, w tym te niedozwolone. Cięły bez pardonu po nogach i sztychowały zapamiętale. Chciały pewnie pokazać facetom, że mogą ich pokonać, ale obrały złą metodę. Wyszły z założenia, że jako kobietom wszystko im wolno. Mocno przesadziły. Swoim zachowaniem utrudniły innym walczącym paniom uzyskanie możliwości udziału w bitwie. Jeśli są jakieś zasady podczas bitwy, to obowiązują wszystkich, również dziewczyny. A co jest niedozwolone, jest takim także dla nich. Jak równouprawnienie, to pełne, nawet jeśli się wam to, drogie dziewczyny, nie podoba. Chcecie brać udział w walkach, ale jednocześnie chcecie być w nich na uprzywilejowanych pozycjach - tak się nie da. Póki co, dzięki kilku bezmyślnym dziewczynom, rycerze mają kolejny powód, i to poważny, by nie dopuszczać kobiet do bitew.

A jak z tą historycznością, najczęstszym argumentem przeciwko walczącym paniom? Czy rzeczywiście w średniowieczu kobiety nie miały żadnych praw, zajmowały się kądzielą i rodzeniem dzieci, a miecz widziały tylko u pasa swojego małżonka? Takie pojęcie o średniowieczu jest mylne i może dotyczyć czasów o wiele późniejszych. Poglądy tego typu rozpowszechnili głównie historycy współcześni nam. W książkach historycznych bardzo trudno znaleźć o kobietach więcej informacji. Najczęściej podane jest w nich, że się urodziły, zostały wydane za mąż, urodziły x dzieci i zmarły. Jednak jest o nich mało nie daltego, że nic nie znaczyły w tamtych czasach, lecz z powodu umniejszania ich roli przez historyków. Znalazłam jednak dwie bardzo interesujące książki traktujące tylko o kobietach. Okazuje się, kobiety w średniowieczu miały bardzo dużo możliwości i miały zdecydowanie lepszą pozycję niż np. w wieku XVII. Były dobrze wykształcone, jeździły po świcie razem z małżonkami. Mężowie liczyli się z ich zdaniem, radzili się ich w sprawach państwowych, a gdy wyjeżdżali, brali je ze sobą. Wyjątkiem była trudna sytuacja polityczna w kraju czy majątku. Wtedy, to żona pozostawała by kontrolować sytuację i zarządzać posiadłością, "[...] jak to miało miejsce w przypadku Klementyny z Burgundii, małżonki Roberta z Flandrii, czy w przypadku Adeli z Blois.". Podczas wypraw krzyżowych kobiety rządzące ziemiami (również na terenach objętych zawieruchą wojenną) były czymś całkowicie normalnym - "w tamtych latach sprawy zaszły tak daleko [...], że zarówno księstwo Antiochii, jak i księstwo Edessy znajdowało się pod rządami dwóch niewiast". Owszem miały doradców, ale w ówczesnych czasach nikt bez nich nie sprawował władzy. Bywały wręcz kobiety, które przejmowały władzę od męża i/lub po jego śmierci same rządziły. Dobrym przykładem może być Elżbieta Łokietkówna, matka Ludwika Węgierskiego, babka późniejszej królowej Jadwigi. Ludwik " [...] przybył szybko do Krakowa, objął rządy, ukoronował się [...] po czym oddał rządy swej matce, a sam [...] powrócił na Węgry." To, że Jadwiga została koronowana na króla Polski, jest w dużej mierze zasługą Elżbiety. Nie tylko wysoko urodzone damy miały możliwość kontrolowania swoich posiadłości. Mieszczanki często same prowadziły interesy. Kobiety pielgrzymowały z małżonkami do ziemi świętej, a kiedy trzeba było ją wyzwalać, często walczyły razem z nimi. Robiła tak pewna Normanka Sigelgajta, żona Roberta Guiscarda, "[...] która ponoć władała bronią, walczyła jak żołnierz, ścigała uciekinierów i nakłaniała ich do walki" oraz Floryna, córka Odona I, księcia Burgungii, "[...] która walczyła u boku Swena, syna króla duńskiego. Młodzi postanowili, że ich ślub odbędzie się w Jerozolimie. [...] Podczas ataku w wąwozie Kapadocji zginęli oboje od strzał tureckich." Można też wymienić Bonę z Nieulles zapisaną w aktach " jako croisée, czyli uczestniczkę wyprawy krzyżowej." W wyprawach tych brała udział bardzo duża ilość kobiet i sprawą normalną było, że "niektóre z nich przywdziewają kolczugi, nakładają hełmy, a nawet próbują władać mieczem, idąc za przykładem żon Normanów z Sycylii lub margrabiny Idy z Austrii, która w 1101 roku wyrusza sama zbrojnie do Palestyny". Spora ich część strzelała z łuku, niektóre obsługiwały machiny oblężnicze. "Przykładem jest kobieta 'w zielonej pelerynie' [...], która podczas oblężenia Akki (3 lipca 1191 roku) bez przerwy miotała strzały, które ugodziły wielu". Inna kobieta  "[...] a było to podczas oblężenia przez wojska Saladyna zamku Burzajh, tak zręcznie obsługiwała działo oblężnicze, że wyeliminowała z walki wiele dział wroga".
Większa część kobiet przebywała wśród tak zwanych "pieszych", ale nie oznaczało to, że nie brały żadnego udziału w bitwach. Pomagały walczącym, rannym, nosiły wodę, zaś część z nich "... zatrudniała się przy fosach, gdzie układały kamienie, które umożliwiały podejście do murów." Bywało, że przy tym zajęciu ginęły od strzał wroga. Walczące kobiety budziły w średniowieczu podziw (zupełnie inaczej dzieje się obecnie) jak np. Izabela z Toesny, o której kronikarz "z podziwem opowiada, iż nie lękała się przywdziać kolczugi i walczyć konno jak mężczyzna: 'śmiałością nie ustępowała konnym w pancerzach ani żołnierzom zbrojnym w oszczepy'." Przyrównuje ją nawet do amazonek, które "przez piętnaście lat zmuszały Azjatów do posłuszeństwa mocą swojego oręża". Régine Pernoud pisze przypomina też o "czynnym udziale kobiet w walce z najeźcą na terenie Normandii podczas wojny stuletniej zwłaszcza po klęsce w Arincout i wtargnięciu nieprzyjaciela do kraju. Często wykorzystywano kobiety w roli szpiegów i tajnych agentów". Sztandarowym przykładem jest Joanna d'Arc, ale jest tak często uznawana za wyjątek potwierdzający regułę, że wolę nie traktować jej jako główny argument. Zgadzam się, że kobiety miały wtedy o wiele mniejsze prawa niż mają obecnie, ale też nigdy wcześniej i nigdy później (nie licząc obecnej epoki) nie miały takich możliwości. Co prawda ich związki małżeńskie były zaplanowane przez rodziców od urodzenia, szczególnie jeśli były wysoko urodzone, ale to samo dotyczyło się synów władców. Dzieci, obojętnie jakiej płci, przez ślub przypieczętować lub gwarantować układy między państwami. Dzieci służyły do rozgrywek politycznych.

Po przeczytaniu tych dwóch książek francuskiej historyczki można dojść do wniosku, że dziewczyny w obecnych bractwach mają o wiele mniej praw niż miałyby, gdyby urodziły się w średniowieczu. Bezwolna i niewykształcona kobieta, to kolejny mit średniowiecza. Nie można powiedzieć, że "niehistorycznie" jest gdy kobieta bierze się za miecz. "niehistorycznie" jest gdy w bractwie może tylko tańczyć i chodzić w ładnych kieckach. Nie twierdzę, że wszystkie kobiety muszą koniecznie walczyć. W żadnym wypadku. Każda może robić to co ją najbardziej interesuje, ale powinny mieć możliwość wyboru. Każdy w bractwie powinien ją mieć. I każdy powinien aktywnie uczestniczyć w życiu bractwa. W końcu nie wstępuje się do niego tylko po to, żeby pogadać i się spotkać. To można robić bez tego. Powinno się zachęcić dziewczyny do bardziej czynnego udziału a jednocześnie trochę zdyscyplinować. Koniec z marudzeniem. W momencie przyznania kobietom prawa do walki iudziału w bitwach, powinny one skorzystać z tego rozsądnie. Przed rozpoczęciem nauki walki trzeba najpierw się do tego przygotować kondycyjnie (to samo tyczy się chłopaków). W bitwach trzeba się trzymać zasad. Nie można, tylko z racji bycia kobietą, czuć się osobą uprzywilejowaną i robić co się chce. Kryterium dopuszczania do bitw powinien być jednakowy dla obu płci: uzbrojenie, umiejętność walki i przestrzeganie zasad. Nie masz uzbrojenia, nie dajesz sobie rady z ciężarem własnego miecza, albo sztychujesz? Nie ma miejsca dla ciebie na polu walki i nie istotne czy jesteś damą czy rycerzem.

Dziewczyny, które nie mają ochoty brać się za żelazo mogą wybrać sobie inną działalność w bractwie a możliwości jest wiele. Strzelanie z łuku - ale na treningach nie malujcie paznokci. Organizacja turniejów - macie wtedy pełne prawo do przechadzania się po nich w kieckach. Jeśli umiecie szyć, a nie umiecie robić uzbrojenia, to nic prostszego jak umówić się z kolegami z bractwa na "handel wymienny". Jedni i drudzy będą zadowoleni. Zresztą nie będę wszystkiego tu wymieniać. Ważne by dziewczyny przestały byc tylko barwnym, nic nieznaczącym dodatkiem a zaczęły się udzielać i dodały estetyki dla naszego rycerstwa. Do tego jednak potrzebna jest zmiana w podejściu rycerzy i dam do tego tematu. Domyślam się, że rewolucji nie wywołam tym artykułem, ale może chociaż parę osób się zastanowi. Może też uda mi się wywołać konstruktywną dyskusję.

A co wy myślicie o paniach w bractwach? Jak jest w waszym bractwie? W końcu nie znam wszystkich (a jest ich dużo), może w którymś jest zupełnie inaczej.

_______________________________________________________________________
Źródła:
"Kobieta w czasach katedr" Régine Pernoud
"Kobieta w czasach wypraw krzyżowych" Régine Pernoud
"Królowa Jadwiga, opowieść o czasach i ludziach" Anna Klubówna <^>

Komentarz Mirka:

Kobiety w bractwach rycerskich?

Pierwszą aczkolwiek niesłychanie ważną myślą jest to, iż nie jestem członkiem jakiegokolwiek bractwa (poprzez sensu stricte uczestnictwo). Zdarzało mi się jednak włóczyć po naszej kochanej ziemi polskiej za wszelkiej maści zaciężnymi kompaniami i drużynami już ponad dekadę i cóż muszę stwierdzić, iż albo się zgodzę z przemyśleniami Aśki albo nie. Niedorzecznie? Bynajmniej! Z kobietami w bractwach rycerskich jest tak jak z kobietami w ciąży albo są, albo nie są (nie można być wszak tylko odrobinę w ciąży, prawda drogie panie?) Piszę są, albowiem pod tym pojęciem rozumiem niewiasty, które przenikają przez bractwo - stając się jego częścią i fragmentem jego ducha albo egzystują tylko na jego uboczu niczym potępione dusze nie za bardzo wiedzące, czego w ogóle szukają.
Początki idei bractw rycerskich giną w pomroce dziejów... Pierwotnie była to fascynacja niezapomnianym "Robin Hoodem" w najlepszej jego (moim zdaniem) angielskiej ekranizacji z jakże baśniową wtedy muzyką Clannadu. Pojawiający się potem "Nieśmiertelny" i tak narodził się regiment. Oczywiście niektórzy będą oponować... Ale SZA! To jest moja baśń - nie rozpraszajcie magii wspomnień. Bractwa rycerskie były wówczas czymś pierwotnym (jednakże w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Z tamtych czasów w mej pamięci przewija się wiele kobiet. Jednak wszystkie posiadały pewną siłę, która sprawiała, iż stawały się częścią tego zjawiska i choć nie wszystkie walczyły tak jak Kender bądź Kruszyna (niezapomniana w roli karczmarki na festiwalu morskim wywijająca młynki wielką flądrą!) nigdy nie nazwałbym ich marginesem. Wiedziały, czego pragną i dostawały to. Fakt zdarzały się czasami osoby nie mogące się odnaleźć, (ale może pamięć mi szwankuje a może zwyczajnie nie chcę pamiętać - nie wiem) ale były to zjawiska bardzo ulotne.
Jak już wcześniej wspominałem przypadała mi raczej rola wędrownego mnicha, obserwatora i kronikarza tamtych wydarzeń, jako iż byłem ich uczestnikiem nie byłem jednak ich częścią. Tym bardziej jednak podkreślę, iż te kobiety, które znałem nie przychodziły do bractw w celu towarzyszenia swoim mężczyznom (a nawet jeśli) lecz stawały się nieodzowną ich częścią (i to aktywną!).
Pragnąc pozostać przynajmniej w części obiektywnym muszę powiedzieć, iż widziałem wiele razy kobiety, które próbowały się dobrze bawić na siłę, lecz jeśli jednak nie czuły atmosfery tamtych wydarzeń w ich duszach gościło zniecierpliwienie, rozczarowanie i gorycz.
Tak było wtedy tako jest i dziś. Nic się nie zmieniło. Mijają wiosny i zimy a kobiety i mężczyźni pozostają niezmienni. Świat się zmienia. Zalewa nas bezustannym szumem i przyśpiesza swój zwariowany bieg. Może skutkiem pragnienia przeżycia czegoś więcej niż kolejnego odcinka telenoweli kobiety i mężczyźni (czyli obecna młodzież) przyłącza się do bractw. Nie wiem i nie jestem w stanie dać dziś na to odpowiedzi. Młodzieńcy znajdują w nich... hmm niech już będzie że walkę, adrenalinę i "zaszczytne rany"(oczywiście straszliwie upraszczając) czego szukają kobiety? Muszą same dać sobie odpowiedź i zgodnie z nią postępować. Wtedy unikną rozczarowań i staną się częścią tego, co można nazwać rycerstwem.
Może jestem "staroświecki" i tak konserwatywny jak zbroja płytowa z XV wieku, ale wydaje mi się, iż rycerstwo to coś więcej niż tylko pranie się żelastwem po zakutych pałach. Czym jest? Może kiedyś w następnym liście napiszę. Na razie pozostawię to pod rozwagę czytelnika.
Co do dzisiejszych kobiet w bractwach to większość z tych, które znam nijak nie pasuje do opisu Aśki, aczkolwiek pokornie potwierdzam, iż jestem szczęściarzem i znam w większości takie, które to potrafią pozbawić w walce głupiego uśmieszku zadowolenia z twarzy niejednego pyszałka a gdy będą wyciągać miecz z jego skądinąd mocno przerażonej osoby uczynią to z gracją i elegancjąwytrawnego fechmistrza. I choć wszystko we mnie się gotuje, gdy widzę jak krew spływa ze zranionej po nieudolnej zastawie ręce owej niewiasty to przenigdy nie powiedziałbym, iż się do tego nie nadają.
Nie walczę, zbyt wiele się napatrzyłem na wszelkiego rodzaju rany opatrując je żeby wiedzieć, iż sam nie byłbym na tyle dobry, aby ich uniknąć, to osoba najbliższa mojemu sercu sama już od paru lat walczy i jest w tym bardzo dobra. Prawda - wszystko we mnie zamiera, gdy idzie do walki niezależnie czy na drewno, czy na żelazo to jest to jej wybór i ja go szanuję. To, że ciężko jest mi na to patrzeć jest wielką obawą, która to jednak musi ustąpić przed zaufaniem.
Wiem, są kobiety, które idą do bractwa choć same nie wiedzą po co i stąd bierze się zjawisko, o którym mówisz. Ale zapytaj się tych, które tak bardzo podziwiasz, dlaczego walczą i wysłuchaj tych, co nie walczą. Ciekawe co odpowiedzą.


"...Każdy otrzyma od życia to, czego naprawdę pragnie musi jednak do tego dążyć i nie porzucać drogi, pomimo iż upadł..."

Mirek Koval
Wiecznie zapatrzony w tajemnicę, jaką jest człowiek. <^>

Komentarz Jacka:

Piszę po przeczytaniu artykułu napisanego przez panią na stronie Gildii. Obserwowałem dyskusje na LDRP dotyczącą tego tematu ale uznałem że szkoda ludziom zawalać skrzynki wyrażajac moją opinię na ten temat, ale tym razem pozwolę sobie zająć pani odrobinę miejsca i czasu tym listem. Przede wszystkim uważam że kobieta wychodząca walczyć na bitwie zachowuje się nie fair wobec tych meżczyzn którzy uważają że kobietę należy adorowac a nie bić, wiem to może wydać się dziwne ale są jeszcze meżczyzni którzy uważają że kobiety nie należy udeżać  nawet kwiatkiem (ja nota bene się do nich zaliczam), możliwe że jest to sposób myślenia całkowicie nie pasujący do schematów średniowiecza ale niestety zdarzaja się takie naleciałości dobrego wychowania.Przyznaję, że nie uważam żeby było czymś zaszczytnym zostać pokonanym przez niewiastę, ale uważam równierz, że pokonanie niewiasty w walce żadnej sławy zwycięzcy nie przyniesie, wprost przeciwnie,uderzywszy kobietę czułbym się paskudnie niezależnie jakby opancerzona owa białogłowa była. A teraz konkretny, wygdybany przeze mnie taki przypadek, w którym hmm... kobieta stawia mężczyznę na bitwie hmm, powiedzmy w "niezręcznej" sytuacji. Wyobraźmy sobie bitwę i oddział mężczyzn idący w zwartej formacji. Niech hipotetycznie, pierwszy szereg stanowią własnie tacy, nazwijmy ich dobrze wychowani i teraz niech na taką formację wypadnie kobieta wywijająca sztabą, zakuta od stóp do głów, i niech nie zostanie rozpoznana przez owych mężczyzn, i niech hipotetycznie okaże się że szyk spełnił swoje zadanie. Niewiasta owa pada na ziemię po silnym ciosie toporem w hełm (widziałem ciosy toporów które robią spore wgięcia w hełmach, nawet tych dobrych, do tego stopnia, że robią się wtedy pieknę blizny na czole i innych częściach głowy) w tym momencie kobieta jest prowadzona do karetki, gdzie okazuje się po zdjęciu hełmu kim był ów dzielny wojownik. Powiem szczerze nie chciałbym być w skórze tego dzielnego woja, który zrobił jej krzywdę. Poza paskudnym samopoczuciem owego osobnika dochodzi (tak oczywiście wszyscy wiedzą że ona poszła do walki na wlasną odpowiedzialność, ale ludzie są ludźmi) jeszcze etykieta, jaka mu zostanie przypisana (jeżeli nie na całe życie, to pewnie przynajmniej do końca sezonu turniejowego) "pogromcy kobiet","damskiego boksera" etc...
Wiem, że może argumenty nie są wytarczające, ale osobiście jeśli do jakiejś bitwy zostaną dopuszczone kobiety to najprawdopodobniej zrezygnowałbym z udziału w takiej bitwie, niezależnie od tego, jakimi herod babami  byłyby owe niewiasty.
Tymczasem pozdrawiam zarówno panią jak i całą drużynę Bogusława V

Jacek " Szypul" Klempka
XIII Wolna Chorągiew
"NOS ELECTER SUMUS NOS SE ELIGIMUS"
Wybrańcami jesteśmy sami się wybraliśmy <^>

Komentarz Piotra:

Re do "Kobiet walczących". Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem artykuł odnoszący się do "kobiet walczących". Jest to kolejny dowód na to, że coraz więcej dziedzin naszego życia jest opanowywanych przez kobiety. Odpowiadam dopiero teraz gdyż musiałem poszerzyć wiedzę o pozycje podane w bibliografii. Nie ukrywam, że znam osobiście autorkę tego artykułu. Ta miła i drobna osóbka gdy tylko bierze ciężkie żelastwo w delikatne skądinąd dłonie staje się demonem w kobiecej skórze. Miałem okazję zobaczyć iskry krzesane podczas walki na miecze w której brała udział. A jak się później okazało i tak było to "cienkie i słabe". Jestem z natury pacyfistą i ranię oraz zabijam jedynie podczas sesji RPG dlatego większość z mojej odpowiedzi będzie przez ten właśnie pryzmat. Zanim przejdę do clou mojej wypowiedzi pragnę podzielić się z mężczyznami jednym spostrzeżeniem: takich jak Ashka caballero andante jest jeszcze mało więc nie ma o co kruszyć kopii. Póki co nienależy tego artykułu traktować jako casus belli, a raczej jako temat do polemiki. Jednak moi drodzy - czas sypać szańce.

Od dawien dawna mężczyźni zadufani we własną nieomylność i w swoje znaczenie ukuli slogan, że historia postępu to historia mężczyzn. To nie jest to pozbawione sensu - biorąc pod uwagę odsetek kobiet, które przyczyniły się do rozwoju myśli technicznej, sztuki, itp. Zanim jednak zaczniemy sobie gratulować i ściskać rączki, przypinać ordery i wręczać kwiaty zastanówmy się nad tym dlaczego tak właściwie mężczyźni się tym zajęli. Co lub kto tak naprawdę kierował pojawieniem się postępu. Historycznie rzecz biorąc i jeśli wierzyć psychologii i teorii Darwina jedynym osiągnięciem mężczyzny byłaby zmiana gałęzi z której zwisał. Sam jestem mężczyzną i bardzo trudno jest mi się do tego przyznać, ale bez bodźców zewnętrznych do niczego by nie doszedł - ze względu na czyste żywe lenistwo. Wystarczy spojrzeć na propagowany przez feministki stereotyp mężczyzny - siedzącego przed telewizorem w papuciach, z piwem w garści, żrącego chipsy - zmuszającego się do wysiłku umysłowego tylko po to by przerobić przemielona już papkę informacyjną z telewizorni. Stereotyp jakkolwiek mylący ma jednak swoje podłoże w psychice mężczyzny i nie wziął się z powietrza. Dobrze skoro już nam dokopałem czas się zastanowić dlaczego zamiast zwisać z gałęzi i obżerać się owocami, musimy ciężko tyrać, wstawać rano i zapominać o urlopach.

Największym i odwiecznym bodźcem dla mężczyzny jest pociąg seksualny. Brutalnie? Owszem, ale taka jest prawda. Więc wróćmy do naszego mężczyzny zwisającego z gałęzi. Ogólna dostępność partnerek rozwiązałaby sprawę na tyle by nie trzeba było złazić z drzewa. Niestety prawo przyrostu regulowane jest przez najmniej dostępny towar - tak więc podaż rzadko przewyższa popyt. Że co ? Ze kobiet jest więcej? Więc chodzi także o jakość. (przepraszam wszystkie panie za ekonomiczny żargon - ale jest najłatwiejszy do zrozumienia) Co gorsza - naturalna męska zachłanność nie ogranicza się jedynie do jednego egzemplarza. A już w ogóle koszmarem jest gdy istnieje tylko jeden pełnowartościowy egzemplarz a konsumentów jest wielu. Biorąc pod uwagę męską naturę najsilniejszy spuści łomot reszcie łamag i wciągnie ją na właściwą gałąź. Co robią pobici? Ano knują! Na siłę się nie da - w kupie może? Eeee... i tak zaraz się pobijemy w grupie. Więc co? Rankiemnasz najsilniejszy kolo złazi z drzewa i dostaje kamulcem w głowę od wymoczka kryjącego się gdzieś w konarach. I zanim odzyska przytomność dostaje egzemplarz nieco sfatygowany. Tak narodził się kochani postęp - i co najważniejsze wojna. To czego tak naprawdę chce nasza autorka.  "Chcemy tak jak wy pomachać mieczem" - nie moje drogie - chcecie krwi, walki. Chcecie jej bo zawsze jej pożądałyście. Kłamstwo? Ach nie - tkwi w was nieuświadomiona żądza krwi, która wcześniej objawiała się w delikatnej manipulacji mężczyzn. Męskie ego pobudzone miłymi słówkami doprowadzało że próbowano siłę czaszki w starciu z buzdyganem.

"Tam gdzie wojna zwykle chodzi o pieniądze lub władzę". Stara prawda jednak rozbiór jej może być zaskakujący. Do czego mężczyźnie sława , pieniądze, władza. W wyścigu o względy wybitnych egzemplarzy płci pięknej najpierw liczy się wygląd - jednak ten wygląd może być rekompensowany. Kobieta pożąda zabezpieczenia dla swojego potomstwa i dla siebie. Miłość kobiety to pojecie względne. Tak więc największe szanse posiadać będą ci którzy będą w stanie wykazać się zasobnością sakiewki, pozycją itp. Podnoszenie wartości w oczach partnerki przez walkę wynika przecież nawet z rycerskich ideałów. Najsilniejszy zgarnia wianek. To wyrachowanie widać i teraz - mimo feministycznej wojny.

Zajrzyjmy do historii - może nieco dalekiej - Troi. Gdyby zapytać Helenę czy dobrowolnie by wybrała tylko po to aby nie było walki - mogłoby się okazać, że nie potrafi się zdecydować. Musiało minąć 10 lat zanim nagroda trafiła się silniejszemu (może nieco przeleżała ale zawsze). Swoisty test partnerów? Jak najbardziej. Manipulacja? No pewnie. Szukać dalej? Kleopatra - która postawiła w ogniu Rzymskie Imperium i pchnęła do bratobójczej walki. Czy nie był to wynik żądzy krwi? Dla kogo to zrobiła? Z miłości? A Izabela I Katolicka? Czy to nie z jej powodu doszło do odkrycia Ameryki? Gdyby nie ona zapewne Kolumb skończyłby gdzieś w jakiejś dziurze. A co jeszcze zawdzięczamy Izabeli? Upadek dumnej i cywilizowanej Grenady. Dalej? Królowa Wiktoria - w ogóle angielskie królowe. Jednak w tej wyliczance jest pewna prawidłowość. Coraz silniej i mocniej zaczynając decydować o życiu i śmierci. Coraz częściej osobiście. Ludzie - to jest właśnie krew i władza. To jestto czego chcą nasze małe, drobne, kochane kobietki. Zamiast siedzieć na trybunie i niedbałym gestem chusteczki posyłać na śmierć nieświadomych niczego głupoli w konserwach, sama chce zakuć się w stal, wziąć miecz do ręki i walczyć. Co ma zrobić zatem mężczyzna w takiej sytuacji? Zaopatrzyć się w chusteczkę, a po udanej rozwałce kilku łbów przez jego wybrankę przyjąć ją w swojej alkowie. Opatrzyć rany, zaśpiewać kołysankę a gdy już zaśnie zmęczona, siąść do kołowrotka i krosen? Lekko żenujące. Wygląda na to ze mit mężczyzny - zdobywcy zaczyna się chwiać w posadach i podlegają erozji postępującej w zastraszającym tempie. 

  Odnoszę wrażenie że tym co napisałem już naraziłem się i kobietom i mężczyznom. Ale to są fakty. Jednak kobiety to nie tylko manipulatorki dlatego zaczynam się obawiać że jakaś Dziewica Orleańska wpadnie z mieczem i zetnie mi głowę. Nie będę się powoływał na opowiastkę o Św. Joannie - zwłaszcza to niedorobione historycznie filmidło, jednak nie ulega wątpliwości że w historii zdarzały się kobiety bardziej krwiożercze niż Xena. Pojawiają się bowiem kobiety - rycerze, kobiety - piraci (słowa piratki nawet nie ma w słowniku), kobiety - zabójczynie (kobiety - ninja z feudalnej Japonii wcielone w rolę gejsz - co za perfidia). Nie ma co się oszukiwać - fizycznie i psychicznie kobieta przyzwyczajona jest do widoku krwi. I jeśli mdleje to w obliczu obrzydliwej żaby niż widząc rozcięty brzuch i nawinięte na drzewo jelita. Jej comiesięczny kontakt z krwią uodparnia ją. Co więcej psychologicznie rzecz biorąc daje jej poczucie własnej wartości - jako pełnej kobiety. Menstruacja w wiekach średnich oznaczała gotowość kobiety do rodzenia dzieci (stąd tak wczesne śluby). Co zatem powoduje, że nasze kobietki postanowiły nas wyręczać? Panowie - niewieściejemy. Coraz rzadziej zdarza się nam - ludziom cywilizowanym, że konflikty rozwiązujemy na gębę. I nasze kochane kobietki zaczynają się nudzić, są zdezorientowane - jak wybrać silniejszego bez mordobicia gdy wszystko inne jest porównywalne?

Cała ta gadanina na temat feminizmu i jego zdobyczy wydaje się być lekko przesadzona. Osiągnięcia wieku XX w tym względzie miały podbudowę już wcześniej. W XIVw. Spotykamy się z feministkami - np.: Krystyna de Pisan, potem Ninon de Lenclos - bez niej zapewne nie powstałby "Essai sur les moeurs" bo Wolter skończyłby na pisaniu panegiryków... i setki innych. Jednak nie możemy obecnie się dziwić jeśli widzimy kobiety na stanowiskach typowo męskich - za sterami samolotów, ciągników. W wojsku również pojawiają się kobiety i chociaż się to komuś podoba czy nie ("G.I.Jane") one również dostają broń do ręki. Nawet się nie obejrzymy jak one i tylko one staną się jedynymi posiadaczkami tej broni - bo nam historia wyznaczy inną niszę. Zajmiemy miejsce kobiet. Jeśli ktoś nie wierzy, szuka wyjaśnień do takiego stanu rzeczy niech przeczyta "Boga Imperatora" Franka Herberta i monolog o Mówiących Do Ryb. Wtedy zrozumie o czym mówię. Droga Ashko i wy wszystkie kobiety sięgające po miecze, pistolety, rakiety balistyczne. Nikt nie odmawia wam prawa do realizacji własnych planów i marzeń. Nikt nie wytraca wam miecza z dłoni bo byłoby to wbrew naturze - tak czy inaczej zawsze go dzierżyłyście. Ale na miłość boską spójrzcie co czynicie ze światem. Przypomnijcie sobie co wywoływało największą wściekłość tak że byle ciura łapał za broń - nie "Ojczyzna ginie" ale "Wróg przyjdzie i pohańbi nasze kobiety" . Powoli niszczycie wszystkie gałęzie życia w których mogłybyście nas oczarować swoim wdziękiem, delikatnością, subtelnością. Jakże bowiem całować kobietę zakutą w stal wygrażająca wrogowi ciężkim tasakiem. Jak zaprosić na romantyczną kolację dziewczynę nosząca na całym ciele sińce od buzdygana. Zostawcie nam tę gorszą stronę naszej osobowości. Zrozumcie że bractwa rycerskie są niejako próbą powrotu do tych romantycznych czasów gdzie kobieta tęsknym wzrokiem żegnała idącego na wojnę rycerza a nie jechała przed nim. To jakby wyrwanie się z okowów rzeczywistości. Bractwa to apoteoza ukrytych męskich pragnień do powrotu do naturalnego uświęconego historią układu. W którym kobieta pozostaje obiektem westchnień i podziwu a nie partnerem lub przeciwnikiem w walce. W większości przypadków w bractwach poukrywali się niepoprawni romantycy których nie zdążył dobić banał życia. I właśnie obawiają się że wszystko w co podświadomie wierzą jest im nagle odbierane. Zmieniacie równowagę świata - trudno tego nie zmienimy, ale nawet indianom dano rezerwaty w których nie panoszyli się jako indianie biali. Zrozumcie że bractwa stają się takimi rezerwatami przed całkowitą eksterminacją tej już niepotrzebnej już rasy - mężczyzny. Oby przyśniła się wam seksmisja - ale bez odmrożeńców ogierów.

Howgh - wódz łApaczów

Piotr "Civac" Cisakowski  <^>

Komentarz Piotra z Gdańska

Z zainteresowaniem przeczytałem Twój artykuł odnośnie roli kobiety w bractwach rycerskich a także ich pozycji w średniowieczu. Cieszę się że ktoś wreszcie spostrzegł i poruszył ten temat, ale nawet nie masz pojęcia, jak bardzo cieszy mnie fakt, że zrobiła to kobieta!!!

Przesądów co do kobiet jest bardzo wiele. Niektóre mnie śmieszą. Nie wiem czy miałaś okazję kiedykolwiek czytać pismo poświęcone grom RPG - Magia i Miecz. Tam poruszono problem kobiet (a raczej ich niewielkiej liczbie) w światku graczy. Argumenty używane przez faceta który pisał ten paszkwil, były  jota w jotę podobne do tych, jakimi posłużyli się niektórzy polemizujący z Twoim artykułem. Dziwię się że mija kilka lat, problem jakby inny, a opinie takie same... Wszyscy (no, większość...) znani mi ludzie uważają, że kobieta jest zainteresowana WYŁĄCZNIE facetami, rodzeniem im potomstwa, dbaniem o ognisko domowe, a ich władza polega na umiejętnym szafowaniem swoim ciałem....brrr.

Nie jestem członkiem żadnego bractwa rycerskiego, jednakże znam kilka osób, pamiętam też wielu ludzi jeszcze z ogólniaka (chociażby producenta kolczug - Jacka vel Almara). Dziewczyny robiły NIC, głównie towarzyszyły swoim chłopakom - w myśl zasady "nic beze mnie a mi misiek nie ucieknie". Bywały takie, które wygrywały konkursy łucznicze (zapewne fascynacja Robin Hoodem a może raczej Maid Marion), ale było ich niewiele. Kilka babek widziałem w Gniewie - pokazy walki konnej (hurra!). Posiały takie zgorszenie, że tylko banda zboczeńców byłaby bardziej wytknięta palcami gawiedzi. Te głupie teksty "dziewice z Orleanu!" itp... Okropność.

To nic, że kobiety w wiekach średnich potrafiły walczyć - choćby i taka Joanna d'Arc. To nic że nie była ona jedyną walczącą Joanną. We Francji było ich trochę. To nic, że historia zna kilka innych przypadków. Ludzie uważają, że nie może być wyjątków - mimo że historycznie istniały. To dla tego nie wystąpisz pod Grunwaldem i na kilku innych imprezach. Ludzie wiedzą swoje - i nic ich nie przekona.
Moje zdanie na temat średniowiecza w ogóle, jest takie, że niewiele o nim wiemy. Mam tu na myśli zwykłych ludzi, którzy tą epokę znają TYLKO z filmów, opowiadań przewodników, mają o niej wyobrażenie na podstawie obiegowych opinii, rzadko kiedy miarodajnych. Nigdy nie wierzyłem, że można nie zdejmować zbroi przez kilka lat. Nigdy nie mogłem uwierzyć, że miecz jest tak straszliwie ciężki, że nie da się go udźwignąć.
Być może brak zainteresowania dziewczyn rycerstwem to właśnie taki sztywny gorset, jaki się im narzuca - tobie nic nie wolnobo to niehistoryczne. Ciekawe, gdyby do jakiejś chorągwi chciał wstąpić jakiś czarnoskóry mieszkaniec Polski - czy też odmówiono by mu, bo to niehistoryczne? Podejrzewam jednak, że chodzi tu bardziej o wychowanie dziewczyn. Facetom rodzice kupują plastikowy miecz. Dziewczynce - lalkę dziecięcą i wózek. Dziewczyny bawią się w dom, a chłopcy w Rycerzy Okrągłego Stołu. I czemu tu się dziwić, że dziewczyny w bractwie nie mogą się oswoić? Faceci twierdzą, że dziewczyny takie są, bo są kobietami, że maja to w genach itp. bzdury. Naturalnie, psychika kobiety różni się od psychiki faceta, ale decyduje wychowanie. Badacze wskazują, że kiedyś w wielu regionach panował matriarchat, a w wielu kulturach kobiety wojowały wraz z facetami. Pamiętam jakąś kobietę-wodza walczącą z Rzymskim Imperium. A było ich więcej....

Co do średniowiecza, to wydaje mi się że kobiety nie walczyły, bo nie chciały - patrz wychowanie. Te które chciały walczyły, nadal będąc kobietami. Myślę, że nie były zjawiskiem powszechnym. Podczas procesu Joanny d'Arc podkreślano jej zachowanie jako niekobiece. Myślę że przykłady które przytoczyłaś również sugerują niewielki udział kobiet w armii. Choćby zdanie kronikarza, który podkreślał że sprawy zaszły tak daleko, że aż jakaś hrabina/baronowa musiała się nimi zająć osobiście. Może mylnie interpretuję Twój artykuł - nie wiem czy się ze mną zgodzisz, sugerowałaś że kobieta walcząca, kobieta rycerz nie była w średniowieczu rzadkością. Nie studiowałem niestety żadnych ksiąg, ale rzadko lub prawie wcale nie słyszy się o kobietach - właścicielach ziemi, będących wasalami króla czy księcia (raczej tylko jeśli były jedynymi dziedzicami terenów po rodzicach czy mężu). Niemniej jednak były, a dziś wielu tego nie chce przyjąć do wiadomości. No może tylko tą Joannę d'Arc ludzie jeszcze pamiętają, ale to "nawiedzony" wyjątek. Całą resztę w kiecki, aby chusteczki do zawiązania na pancerzu swym rycerzom podawały.

Piotr z Gdańska <^>