Wyszukiwanie

Różności
Magia Chaosu
Demonologia
Dyskordianizm
Kontrkultura
Magazyny
Symbole
Tajemnice przeszłości
Teorie Spiskowe
Ufologia
Gildia Tajemnic
Gildie
  DVD
Lustereczko, lustereczko, powiedz przecie...
Ostatnia aktualizacja: 20 kwietnia 2002
Autor: Mass



 

Dr Raymond MoodyAutorytet ludzi nauki, w szczególności zaś tych, których nazwisko przewija się co jakiś czas w renomowanych pismach, w radiu, telewizji bądź prasie, stanowi bardzo pewną podstawę do wysnuwania wizji o różnym charakterze i różnej proweniencji, w mniejszym lub większym stopniu fantastycznych, bardziej lub mniej śmiałych. Mam tu na myśli fakt wciąż niezłomny, iż nauka stanowi mocną podporę dla wszelkiej idei tak w oczach ogółu społeczeństwa, jak i jednostek, które niejako z niego się wykruszają - za sprawą własnej deklaracji lub, można by rzec, ex definitione - dzięki czemu proces materializacji takiej idei, kiedy ledwie cień jej stopniowo przeradzać się zaczyna w rzeczywistość, jest znacznie ukrócony. Zatem również dotykanie sfer i zjawisk dotąd opisywanych i badanych przez tzw. paranaukowców - w powszechnej opinii publicznej raczej lekceważonych i nie traktowanych poważnie - ludziom nauki przychodzi z większym poklaskiem i zainteresowaniem ze strony otoczenia, jeśli ująć rzecz ogólnikowo, aniżeli pozbawionym pewnych podstaw wiedzy zapaleńcom, którzy nierzadko obnosić się muszą z opinią szarlatanów, fanatyków odjętych ze zdolności obiektywnej oceny i osądu. Liczne w ostatnich latach publikacje naukowe na tematy w coraz większym stopniu wykraczające poza przyjęte ramy nauki, jaką znamy, spotykają się więc ze sporym zainteresowaniem nawet ze strony sceptyków. Nie inaczej jest w wypadku opisywanej tu książki, porusza bowiem ona problem będący dotychczas domeną paranaukowców i kojarzony wyłącznie z dziedziną zjawisk paranormalnych, za sprawą jednak nazwiska doktora nauk psychologicznych, który to doktor cieszy się w pewnych kręgach szacunkiem i uznaniem, a także z racji samego faktu, iż jest on uczonym w pełnym tego słowa znaczeniu - jej wymiar i wymiar poruszanego przez nią misterium nabiera zupełnie nowego znaczenia. To już nie jest jedna z rozlicznych publikacji na temat duchów. Teraz to jest fascynujący atrybut psychologii, traktat i zarazem naukowa analiza, poparta rozległą znajomością psychiki ludzkiej i spostrzeżeniami odnoszącymi się właśnie do niej. W pracy Dr`a Raymonda Moody`ego wszystko to zdaje się być jednak tylko przykrywką dla głębszej, osobistej wycieczki, podczas której racjonalny grunt poznanych prawideł ludzkiego umysłu stopniowo przetapia się w intrygującą dywagację o bardzo rzeczowej podbudowie...

Tak w zasadzie Dr Moody sprowadził całą rzecz do podświadomości, w której niepoznanych siłach i możliwościach ujrzał podstawowe źródło wszelkich wizji. Cóż, powyższe zdanie nadawałoby się raczej na ostateczną konkluzję, jednakże, przedstawiając je już na samym początku, pragnę uzmysłowić raczej bardziej naukowe podejście autora do tematu (tytuł naukowy zobowiązuje), co w "Odwiedzinach z zaświatów" nie pozostaje bez znaczenia. "Raczej bardziej naukowe" zaś dlatego, że mimo wszystko jednak nie do końca pozbawione wizjonerskiego polotu. Otóż tematem przewodnim książki jest nieobce chyba nikomu zjawisko wpatrywania się w zwierciadło. Jak wiemy, zwierciadłem może być każdy przedmiot o wypolerowanej powierzchni, w którym widzimy nasze odbicie, a więc: kryształ, kubek, garnek, kocioł, szyba, ekran telewizora czy wreszcie lustro. Skojarzenia nasuwają się same: ot, chociażby stara cyganka z kryształową kulą, zktórej rzekomo odczytuje przyszłość, w buzującej feerii barw odnajdując obrazy, których tam nie ma. Przykład pospolitej oszustki i naciągaczki. Dlatego też właśnie próba analizy i interpretacji zwierciadlanych zjaw, podjęta przez Moody`ego, jest próbą odważną, narażał się bowiem autor na liczne zarzuty i szydy - których zresztą, jak sam pisze we wstępie, nie uniknął - a także na dezaprobatę ze strony świata nauki. Niestety, w oczach wielu ludzi to wciąż zwyczajna szarlataneria. Jak tylko może udowadnia on jednak, że w istocie wpatrywanie się w zwierciadło ma zgoła inny charakter.

Przede wszystkim postanowił Moody zgłębić tajemnicę wizerunków zmarłych bliskich, ukazujących się w lustrze swoim krewnym bądź przyjaciołom. Do tego celu stworzył tzw. Teatr Umysłu, współczesne psychomanteum, w którym przeprowadzał liczne eksperymenty z ochotnikami. Chętnych wybierał na podstawie pewnych wytycznych, które wcześniej sobie ustalił, aby jak najbardziej zwiększyć wiarygodność osób biorących udział w badaniach. Szerzej przebiegu eksperymentów nie będę przytaczał, jest to bowiem temat na pracę o zupełnie innym charakterze, powiem za to o wynikach, które wprawiły w osłupienie samego psychologa. Okazało się, że przeważająca większość wpatrujących się w lustro w Teatrze Umysłu doświadczyła kontaktu z bliskimi zmarłymi! Najczęściej był to kontakt o charakterze wizualnym, rzadziej wizualno-dotykowym, słuchowym, słuchowo-dotykowym (uff!) lub tylko dotykowym (pośrednio). Zdarzało się też, że uczestnik eksperymentu przenosił się na drugą stronę lustra, w formie trójwymiarowego filmu oglądał wspomnienia związane ze zmarłym albo też spotykał się nawet z kilkoma krewnymi naraz! Dr Moody przytacza dokładne relacje wielu uczestników takich wizji, i brzmią one naprawdę interesująco, tym bardziej, że mamy pewność, iż nie zostały wyssane z palca. I jakkolwiek niewiarygodnie wszystko to brzmi, to jednak w pracy swojej Moody w bardzo przekonujący sposób opisał i częściowo wyjaśnił istotę tych spotkań, przytaczając także przykłady z prowadzonych przezeń wykładów z psychologii, kiedy grupom studentów polecał wpatrywać się w lustro zawieszone w sali wykładowej, i kiedy studenci ci opowiadali potem o zdumiewających wizjach, jakich wówczas doświadczyli.

Znaczenie podświadomości w całym tym procesie rośnie, jeżeli weźmiemy pod lupę drugi rodzaj wizji opisywanych w "Odwiedzinach...". Mają one ścisły związek ze stanem hipnagogii, a więc stanem częściowego uśpienia, pośrednim między czuwaniem a snem. Osoba, która się w nim znajdzie, widzi obrazy podsuwane przez podświadomość, przy czym mogą to być "po prostu jaskrawe blaski kolorów lub też ostre sekwencje senne", jak i obrazy o niezwykle wielkim znaczeniu. Hipnagogię więc pod wieloma względami można przyrównać do snu, bo podobnie jak podczas śnienia do głosu dochodzi tu podświadomość, jednak tym, co różni wizje hipnagogiczne od wizji sennych, jest ich wyrazistość. W przypadku hipnagogii obrazy są wyraźniejsze niż rzeczywistość, a ich charakter, podobnie jak charakter snów, może być "dosłowny" lub symboliczny. Wpatrywanie się w zwierciadło, co potwierdzają badania Moody`ego, jest równieżsposobem poznania siebie, wniknięcia w swoje wnętrze i odczytania jakże cennych przekazów, które w formie wyrazistych projekcji serwuje podświadomość w stanie hipnagogii. W zależności od tego, jakie podmiot ma intencje i jak podejdzie do rzeczy, wpatrując się w lustro i odpowiednio relaksując doświadczyć może albo wizji zmarłych, na których ponownym spotkaniu mu zależy, lub z którymi z pewnych względów spotkać się musi, albo wizji hipnagogicznych - dosłownych, które mogą okazać się bardzo pomocne w poznaniu własnego JA, lub symbolicznych, których znaczenie w tej kwestii jest jeszcze większe, ponieważ obejmować mogą szerszy zakres głęboko ukrytych uczuć i wspomnień. Jasno z tego wynika, że podświadomość stanowi główny i jedyny na dobrą sprawę klucz do rozwiązania zagadki takich misteriów, jak przechodzenie na drugą stronę lustra, zwierciadlane zjawy zmarłych bliskich czy przeżywanie snów na jawie.

"Odwiedziny..." są książką wartościową również z paru innych powodów. Poza dość szczegółowym i rzetelnym opisem przeprowadzanych w toku kilku lat eksperymentów i badań, popartym wnikliwymi obserwacjami, spostrzeżeniami i wyjaśnieniami z punktu widzenia nauki (Dr Raymond Moody jest wybitnym specjalistą w dziedzinie różnych stanów świadomości umysłu ludzkiego), zawiera również interesujący rys historyczny, prezentujący różnorakie oblicza praktyki wpatrywania się w zwierciadło na przestrzeni wieków - od Starożytnej Grecji, poprzez elżbietańską Anglię, na Stanach Zjednoczonych okresu wojny secesyjnej skończywszy. Z lubością czerpie Moody ze starożytnej literatury. I tak na przykład wspomniane wyżej psychomanteum w Efyrze (Grecja), stanowiące rozległy labirynt podziemnych grot i komnat, w największej sali mieściło gigantyczny kocioł, w którego zwierciadlaną powierzchnię wpatrywano się w celu nawiązania kontaktu z duchem zmarłego - tak wygląda to w opisach współczesnych historyków. O tymże psychomanteum jest mowa w "Odysei" Homera, tyle tylko, że Odyseusz zjawę zmarłej matki widzi w tafli krwi zgromadzonej w specjalnie przygotowanym wgłębieniu. Psycholog przytacza również fragment "Państwa" Platona, w którym dopatruje się jawnej aluzji do efirskiej wyroczni zmarłych.

Sama praktyka wpatrywania się w zwierciadło wśród starożytnych była tak powszechna, jak oglądanie telewizji w czasach dzisiejszych. Idąc tym tropem można dojść do wniosku (o czym Moody już nie pisze), że być może starożytni mędrcy i filozofowie, a ściślej ci, którzy znani byli ze szczególnych talentów profetyckich, osiągnęli po prostu niezwykłą biegłość we wpatrywaniu się w zwierciadło - co z jednej strony może wiele tłumaczyć, z drugiej jednak również może (choć nie musi) kolidować z poglądami głoszonymi przez wielu z nich, w których albo wyrażali bierną postawę wobec wróżbiarstwa ("Wróżbiarstwo nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, a gdyby nawet miało, to rzecz byłaby i tak dla nas obojętna" - Epikur), albo stanowczo się jemu przeciwstawiali (choć i tu istnieć mógł podział na szarlatanów i wizjonerów z prawdziwego zdarzenia - wówczas wysunięty wniosek nie kolidowałby ze stanowiskiem rzeczonych filozofów).

Nie tylko jednak starożytni Grecy bawili się w "wizje". Ciekawie interpretuje Moody jedną z baśni Tysiąca i Jednej Nocy - znaną chyba wszystkim opowieść o Aladynie (Al ad-Din, w oryginale), magicznej lampie i Dżinnie, sugerując, że owa magiczna lampa w rzeczywistości spełniała rolę zwierciadła, a Dżinn, podobnie jak się zdarzało wielokrotnie podczas eksperymentów profesora z innymi zjawami - po prostu opuszczał taflę zwierciadła i materializował się w pobliżu samego Aladyna. Są też opisy praktyk uskutecznianych przez indiańskich szamanów i plemiona afrykańskie, jest fragment o biblijnym Józefie, który nie rozstawał się ze swym wypolerowanym kubkiem, i jest wreszcie kilka historii bliższych naszym czasom. Dr Moody pisze np. o XV-wiecznym szkockim wizjonerze Kennecie MacKenziem, który, objawiwszy na życzenie miejscowej królowej (których, jak pisze autor, w społeczeństwie feudalnym było wiele), iż jej mąż "beztrosko uwodzi inną kobietę", został na jej rozkaz wrzucony głową w dół do wrzącej smoły. To bardzo drastyczny przykład konsekwencji śledzenia obrazów w zwierciadle, na szczęście dziś absolutnie nieaktualny.

John DeeInnym wartym odnotowania przypadkiem jest postać Dr`a Johna Dee. Jeden z największych alchemików, wynalazców, okultystów i ezoteryków w dziejach ludzkości posiadł pewnego razu zwierciadło z obsydianu, służące prawdopodobnie Aztekom do wróżenia, za pomocą którego nauczył się nawiązywać kontakty z duchami (co zresztą opisał w obszernych pismach). W swej pracowni ustanowił swoiste psychomanteum, pełne zwierciadeł i specyficznych przedmiotów, w centrum ustawiając to najważniejsze, obsydianowe, które zresztą uważał za najcenniejszy swój skarb. XVI-wieczna, elżbietańska Anglia zdecydowanie nie sprzyjała jednak wszelkim - i prawdziwym, i fałszywym - przejawom emanacji magii, bezustannie posądzając genialnego Dee o praktykowanie czarów, co ostatecznie skończyło się podłożeniem ognia w jego pracowni, która spłonęła doszczętnie wraz z całym zebranym w niej dobytkiem. Będący naówczas poza granicami kraju uczony, widząc w swym obsydianowym zwierciadle, które z uzasadnionej troski zabrał ze sobą, co się dzieje z owocami jego wieloletnich badań i prac, zachował spokój godny samego Zenona Stoika, uznając swą bezsilność wobec zaistniałej sytuacji.

Kolejna ciekawa anegdota dotyczy Abrahama Lincolna, który, siedząc w salonie, przypadkiem dojrzał w lustrze podwójne odbicie swojej osoby: pierwsze przedstawiało zdrową i uśmiechniętą sylwetkę, drugie - jej przeciwieństwo. Tajemniczą wizję (przykład wizji symbolicznej w stanie hipnagogii, jak nietrudno wywnioskować) małżonka rozszyfrowała mówiąc, że zostanie wybrany na drugą kadencję, zakończy jednak żywot w jej trakcie. I tak się stało. Hipnagogia była również, jak zostało powiedziane, domeną innych wielkich mężów, w szczególności zaś artystów i wynalazców, jak na przykład ojciec żarówki - Edison, który inspirację czerpał z hipnagogicznych wizji, a żeby nie zapaść w głęboki sen i nie zapomnieć tym samym widzianych obrazów, sposobem Arystotelesa po obu stronach krzesła stawiał miedziane misy, a w dłoniach trzymał takież kulki. Kiedy zasypiał, brzęk uderzających o misę kulek natychmiast go budził. Dobry konceptto podstawa.

Z tego faktu, o czym nie możemy się już dowiedzieć z pracy Dr`a Moody`ego, doskonale zdawała sobie sprawę również Mary Shelley. Szukając inspiracji do napisania opowiadania, które wcześniej zamówił u niej jej przyszły mąż, doznała - jak to określiła - "snu na jawie", wizji, w której ukazał jej się blady adept nauk tajemnych, podczas straszliwej burzy pochylający się nad zesztywniałym ciałem. Hipnagog miał miejsce 15 czerwca 1816 r. nad jeziorem Léman w Anglii, i zapoczątkował jedną z największych legend horroru - opowieść o szalonym naukowcu z Ingolstadt, Wiktorze Frankensteinie, i jego bluźnierczym tworze. I kto by pomyślał, że najpotworniejszy z potworów w historii literatury grozy swój byt zawdzięcza krótkiej, hipnagogicznej wizji nastoletniej romantyczki...?

Raymond Moody oprócz hipnagogu i wizji zwierciadlanych wyróżnia jeszcze dwa twory wizyjne naszej podświadomości: pareidolię i inkubację snów. Znając istotę pierwszej, a więc wizji pareidolii, możemy wyjaśnić (albo pokusić się o próbę wyjaśnienia), powiedzmy, tajemnicę twarzy na Marsie. Pareidolia mianowicie to nic innego, jak rodzaj złudzenia optycznego, w którym bodziec zewnętrzny - w naszym wypadku: układ wzniesień na powierzchni Marsa i specyfika padającego nań światła - z wylewną pomocą naszej interpretacji ewokuje pozornie realny obraz w naszym umyśle - tutaj: obraz ludzkiej twarzy. Tak odbiera to nasza świadomość, a subiektywna podświadomość, niezdolna do osądu czegokolwiek, z ufnością akceptuje. Druga spośród wyszczególnionych wizji to inkubacja snów. Tutaj sprawa troszkę się komplikuje. Najznamienitszym przykładem inkubacji snów na przestrzeni wieków jest starożytna świątynia Asklepiosa, wielkiego lekarza, którego Grecy uczcili po śmierci wynosząc na panteon bogów i jako bogu oddając należytą cześć. Oto do tej właśnie świątyni, po śmierci jej patrona - któremu, swoją drogą, dzisiejsza służba zdrowia zawdzięcza enigmatyczny emblemat kadyceusza - ściągały całe tłumy Greków, aby wyleczyć się z przeróżnych dolegliwości. Pielgrzymów po pewnym czasie nawiedzały sny i wizje - a przy odrobinie szczęścia Asklepios we własnej osobie - które w cudowny sposób leczyły ich dolegliwości. Takie wspaniałe przypadki uleczenia zapisywano na filarach wewnątrz świątyni, i można je tam czytać po dziś dzień. Wiele z nich wprawia w stan zdumienia współczesnych badaczy. Nic dziwnego. Zjawisko to jest prawdziwie magicznym sekretem ludzkiej podświadomości, tej samej, która skrywa w sobie ponoć moc uzdrawiania ludzkiego ciała - jeśli wierzyć naukowcom. Szerzej o inkubacji snów w "Odwiedzinach z zaświatów". Nie będę tym razem wyręczał autora.

Temat wizji wszelkiego autoramentu jest szeroki jak Nil w porze deszczowej, i choć Dr Moody koncentruje się na wizjach zwierciadlanych - zdarza mu się rzucić parę słów na temat OOBE (Ouf Of Body Experience - czyli doświadczenie opuszczenia ciała) w kontekście natchnionych pianistów, którzy podczas szaleńczych fortepianowych tyrad potrafią unieść się do tego stopnia, że przez pewien czas obserwują swoje poczynania z lotu ptaka (wzniosłość sztuki, viva del`arte!), a nawet - choć, jak się zdaje, niezamierzenie, jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało - na temat projekcji astralnej. Zresztą - przecież hipnagogia pozostaje w ścisłej koneksji ze świadomym śnieniem, które z kolei koresponduje z podróżą astralną, ta zaś - z OOBE. I tak dalej, i tak dalej... Takich zależności i podobieństw można wypisać wiele. Jedno należy tylko stwierdzić autorytatywnie: jest rzeczą wielce podbudowującą, iż grono naukowe z rosnącym zainteresowaniem zwraca uwagę na sferę zjawisk dotąd separowanych od hermetycznego pojęcia nauki, czego przyczyn pośrednich i bezpośrednich doszukiwać się można wszędzie: w znacznym postępie w zgłębianiu istoty podświadomości; w zaskakującej ewolucji fizyki kwantowej, która dała do zrozumienia niektórym światłym umysłom immanentnego "mira" nauk ścisłych, że tak naprawdę każdy ich dotychczasowy trop można obalić, i że fizyka jest bardziej giętka niż sztywne ramy, w które za wszelką cenę pragnęli ją zamknąć; czy wreszcie w nieposkromionej ciekawości gatunku ludzkiego, który wszystko, co nieznane, pragnie poznać, wszystko, co niedostępne - osiągnąć. Droga do prawdy jest długa i żmudna. A "Odwiedziny z zaświatów" to wartościowa praca mądrego człowieka, poruszająca niezwykle zajmujący temat - temat, który ma przyszłość, bo dotyczy podświadomości, i który wielu z nas uzmysłowić może pewne aspekty rzeczywistości, z których nie zdajemy bądź nie chcemy zdawaćsobie sprawy. Polecam książkę pod rozwagę. Na pewno nie zaszkodzi.

 

Namysłów, 24 lutego 2001

Okładka oryginalnego wydaniaTytuł: Odwiedziny z zaświatów (Reunions: Visionary Encounters with Departed Loved Ones)
Autor: Dr Raymond Moody, Paul Perry
Gatunek: Rozprawa naukowa
Przekład: Anna Minczewska-Przeczek
Wydanie: "B.M" Sp. z.o.o. 1994
Seria: Świat Książki
Objętość: 186 stron
Kram: Brak