Ostatnia aktualizacja: 8 sierpnia 2001
Autor: Gothi
"... deszcz żywych węży w Memphis, stan Tennessee. Tysiące małych gadów o długości od 30 do 50 cm pojawiło się w południowej części miasta.Zostały prawdopodobnie przyniesione przez huragan i uniesione w powietrzu na dużą odległość; ale w jakim miejscu węże istnieją w takiej obfitości, jest tajemnicą..."
"Scientific American", 10 lutego 1877 roku
Podobne sprawozdania zamieściły m.in. "Monthly Weather Reviev" i "New York Times". Wszystkie trzy źródła stwierdzały to samo - tysiące żywych węży pojawiły się w czasie ulewnego deszczu na ulicach Memphis. Co tak naprawdę tam się stało?
Rok 1877 był ciężki dla Memphis, portu rzecznego zamieszkałego początkowo przez 45 tysięcy osób. Połowa mieszkańców opuściła miasto, uciekając przed epidemią żółtej febry. Z tych, którzy pozostali, jedna trzecia zmarła - wkrótce ludność zmniejszyła się do 13 tysięcy. Niewątpliwie przyczyniło się to dobrego zapamiętania przez mieszkańców niezwykłego wydarzenia, które zaszło w tamtym roku.
W poniedziałek, 15 stycznia, około 10.20 gwałtowny deszcz nadciągnął z południowego zachodu. Padał przez 15-20 minut, a gdy przestał, ludzie w południowej części miasta zauważyli, że ulice, rynsztoki, chodniki i podwórka pokryte są małymi, niejadowitymi wężami. Były one małe, koloru brązowego lub czarnego, miały charakterystyczne czarne główki. Miały tendencję do zbijania się w masę i robiły się jaśniejsze po włożeniu do świeżej wody na cały dzień. Były ich miliony, następnego dnia liczba ich znacząco się zmniejszyła, a w środę było ich tylko kilka.
Jako pierwszy krótką notatkę o tym wydarzeniu opublikował "New York Times" już 18 stycznia, dłuższa relacja ukazała się na łamach "New York Herald" 29 stycznia. Autor opatrzył doniesienie komentarzem, w którym porównywał "deszcz węży" do doniesień o wężach morskich. Gazeta pisała, że próbowała zainteresować wielu nowojorskich przyrodoznawców tym wydarzeniem, jednak bez skutku.
Sierżant McElroy, z którym skontaktował się "Herald" potwierdził, że węże znajdowały się tylko w dwóch rejonach w południowym Memphis, przy ulicach Vance, St. Paul, Orleans i Lauderdale. W 1877 roku w tym rejonie znajdowały się posiadłości z domami w stylu wiktoriańskim oraz domki służących. Mc Elroy opisuje węże, które złapał jako mające długość od 15 do 30 cm i średnicę drutu do robienia swetrów. Nie poruszały się jak węże, ale posuwały przednią część ciała do przodu i podciągały resztę, tworząc coś w rodzaju haczyka. Mogły się również podnosić w górę od 12 do 15 cm.
Kiedy opis ten przekazano Jamesowi J. Jacobowi, specjaliście od kręgowców z Memphis State University, stwierdził on natychmiast, że nie mogły to być węże - żaden wąż nie porusza się wyginając ciało na podobieństwo haczyka. Carl Brown, profesor biologii z tego samego uniwersytetu, podzielił jego zdanie.
"Herald" spekulował, że "silny poryw wiatru porwał kolonię robaków z zarośli i wirując, cicho opuścił je w Memphis wraz z ulewą ku niezadowoleniu samych robaków".
Charles Ford, kronikarz anomalii i zjawisk niewyjaśnionych zauważył, że w żadnym z doniesień świadków nie było wzmianki o kimś, kto widziałby węże spadające z nieba. Wszyscy twierdzą, że dostrzegli dziwne istoty dopiero po deszczu - mimo to, warto wziąć pod uwagę fakt, że mało kto spaceruje po ulicach zimą, podczas ulewy.
Zainteresowanie dziwnym wydarzeniem stopniowo wygasło, jednak nie zostało ono całkowicie zapomniane. W następnych latach wielu naukowców - i nie tylko - próbowało rozwikłać tą tajemnicę.
James F. Payne, szef wydziału biologii Memphis State University zbadał sprawozdania pod kątem weryfikacji teorii, że tajemnicze zwierzęta były tzw. "robakami włosia końskiego" znanymi też jako "węże włosia końskiego". Mają one długość od 15 do 45 cm, grubość od szpilki do cienkiego drutu i czarne zabarwienie. Zaczynają one swój cykl rozwojowy jako pasożytnicze larwy rozwijające się wewnątrz żuków, pasikoników i innych dużych owadów. Wychodzą ze swoich żywicieli, gdy znajdą się w wodzie. Żyją tylko dzień lub dwa, giną po reprodukcji - w celu jej przeprowadzenia skręcają się i zbijają w masę. Dr Payne wykazał ponadto, że przed 1910 robaki włosia końskiego nie były dobrze znane. Wierzono, że kiedy włos z ogona końskiego spadnie do wody, kilka dni później zmienia się w żywego robaka. Możliwe, że przyczyniło się to do tego, że robaki nie zostały zidentyfikowane natychmiastowo przezświadków.
Wyjaśnienie to na pierwszy rzut oka wydaje się być bez zarzutów, jednak pojawia się parę kontrowersji. Po pierwsze, prawdopodobieństwo, aby tysiące nieżywych owadów zakażonych tymi robakami znalazło się w tym samym czasie w jednym rejonie jest nikłe. Po drugie, stwierdzono morfologiczne różnice pomiędzy zaobserwowanymi stworzeniami a robakami włosia końskiego - nie mają one "charakterystycznych główek", nie jaśnieją w wodzie ani nie poruszają się w sposób haczykowaty.
Payne przyznał, że po wzięciu opisów świadków pod uwagę można przypuszczać, że chodzi tu o pijawki, które na północy osiągają swój ilościowy szczyt właśnie w środku zimy. Wodne pijawki gromadzą się w masy w ilości 700 sztuk na metr sześcienny. Tornado, trąba powietrzna lub huragan mógł porwać dużą kolonię i upuścić na Memphis.
Czy tak było? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że wydarzenie to nie było bynajmniej odosobnione.
Ford w swojej opublikowanej w 1931 książce Lo zebrał 294 przypadki, kiedy żyjące stworzenia spadały z nieba, w większości z nich były to żaby, ropuchy, ryby i węgorze. Wydarzenie z Memphis pozostaje najlepiej udokumentowanym, jednak inne również zostały oficjalnie odnotowany.
9 sierpnia 1869 roku w Los Nietos Township, w Kalifornii, dziesiątki kilogramów poszarpanego na strzępy mięsa spadło na posiadłość niejakiego Mr Hundsona. Mięso było świeże, po jednaj stronie miało drobną czarną szczecinę.
1 marca 1876 roku w Bath Country, w Kentucky, z nieba spadło coś, co zdaniem specjalistów z uniwersytetu Lexington przypominało "pół fury kawałków mięsa pokrojonego w cienkie paski, niektóre dość krwiste, porozrzucane na przestrzeni o szerokości około 15 i długości około 90 metrów na dwóch polach miejscowej farmy"
Czy w dwóch powyższych przypadkach mamy do czynienia z nieznanym fenomenem przyrodniczym czy też ze zręczną mistyfikacją w wykonaniu bandy entuzjastycznych rzeźników? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że to nie koniec naszego mini-rejestru nietypowych opadów atmosferycznych, które bynajmniej nie zdarzają się tylko na terenie Stanów Zjednoczonych...
16 lutego 1861 potężne trzęsienie ziemi nawiedziło Singapur. Przez sześć następnych dni na miasto spadały potoki deszczu. Gdy ładna pogoda wróciła, przebywający na wyspie przyrodnik François de Castelnau poinformował Akademię Nauk w Paryżu, że "słońce wzeszło o 10 rano i z mojego okna zobaczyłem mnóstwo Malajów i Chińczyków napełniających koszyki rybami, które wyjmowali z kałuż pokrywających cały teren. Kiedy spytałem ich, skąd wzięły się te ryby, odparli, że spadły z nieba.. Trzy dni później, gdy woda wyschła, znaleźliśmy wiele zdechłych ryb."
Odnotowano również kilka podobnych wydarzeń, z których najlepiej udokumentowane miało miejsce w 1859 roku w Mountain Ash w Glamorganshire w Walii.Same w sobie, takie informacje mówią niewiele. Ryby znajdowano zwykle po ulewnym deszczu, w miejscach gdzie ich poprzednio nie było.
Na podstawie powyższych informacji można odnieść wrażenie, że "niezwykłe deszcze" to fenomen zaobserwowany tylko w XIX wieku. Nie jest tak. Najwcześniejsza wzmianka na ten temat pochodzi ze starożytnego greckiego tekstu Deipnosophistai. Jest to księga w skład której wchodzą fragmenty ponad 800 autorów, skompilowane pod koniec II wieku naszej ery przez Ateneusa. Pomiędzy nimi znajduje się następująca wzmianka "Wiem także, że padają rybne deszcze. Foenias w swojej drugiej księdze Eresian Magistrates mówi, że pewnego razu w Chersonesusie przez trzy dni nieprzerwanie padał rybny deszcz, zaś Fylarchus w swojej czwartej księdze wspomina, że ludzie często widywali rybne deszcze". W Europie pierwszy taki przypadek, w 1666 roku w Anglii, opisano w 1698 w Philosophical Transactions. Jeśli chodzi o czasy nam bliższe, najmłodsze podobne wydarzenie zanotowano w Harlow w Essex w sierpniu 1968, kiedy to na miasto spadły ryby owielkości 15 do 39 centymetrów. Ale nie szukałem zbyt dokładnie ;-)
Dosyć trudno jest przedstawić przekonujące wyjaśnienie zdarzeń tego typu. Jednio z najbardziej sensownych głosi, że ryby porywane są przez tornada i trąby powietrzne, które następnie przenoszą je w głąb lądu. Inna hipoteza mówi, że ptaki żywiące się rybami wypluwają je lub upuszczają. Niektórzy sugerują również, że wysychające lub cofające się potoki i strumienie pozostawiają po sobie ryby, które zapadają w stan anabiozy i przywracane są do życia przez deszcz. I chociaż może to wyjaśnić niektóre przypadki to, jak już powinniśmy się zacząć przyzwyczajać, nie wystarcza do wyjaśnienia wszystkich. Wprawdzie trąby powietrzne i tornada chwytają wszystko na swojej drodze i rozrzucają to potem we wszystkich możliwych kierunkach - jednak przy niektórych opadach zaobserwowano zadziwiającą regularność. Świadkowie deszczu, który spadł 20 września 1839 roku w Kalifornii mówią "Najdziwniejszą rzeczą, która mnie uderzyła, było to, że ryby nie spadałybezładnie, lecz w linii prostej, nie więcej niż na jeden łokieć w czasie jednego mojego oddechu."
Cóż pozostaje? Możemy zignorować te wydarzenia. Można wyśmiać je jako bajkę i kaczkę dziennikarską. Ja jednak zakończę sakramentalną sentencją "prawdy nie znamy".