Ostatnia aktualizacja: 8 października 2001
Autor: Laie
No właśnie. Przecież statystyczny pan Kowalski w ogóle nie odczuwa żadnego tam fenomenu "Gwiezdnych Wojen". A i fani tego filmu mogą mieć wątpliwości. Zastanówmy się, czy George Lucas rzeczywiście odniósł tak wielki sukces, by nazywać jego najgłośniejsze dzieło fenomenem.
Według mnie "Gwiezdne wojny" są fenomenem. Znam przynajmniej kilka argumentów popierających tę teorię.
A oto pierwszy z nich. Niepodważalny fakt, iż film ten, tak czy siak, pochodzi z końca lat siedemdziesiątych (!!!). Kto z młodych ludzi zna dziś jakieś inne ekranizacje z tamtych lat? Jakieś inne kinowe przeboje? Można zaryzykować stwierdzenie, że nikt. Natomiast z pewnością kilka osób wymieniłoby "Gwiezdne Wojny".
Po 1977 roku, wejściu najstarszego epizodu "GW" do kin, czyli po zaistnieniu "Nowej Nadziei" (jak potem zatytułowano tę część ), nastąpił przełom. Ludzie oszaleli, pisarze z miejsca zaczęli rozbudowywać ten odległy świat o różne powieści. Natychmiast pojawiły się pierwsze komiksy, niektóre nawet " niechcący" kłóciły się z treścią Sagi ( z jednego z nich dowiadujemy się m.in., że w Wojnach Klonów brał udział i Darth Vader i Anakin Skywalker). Można skomentować to tak : zaczęło się. Kolejne dwa epizody odniosły taki sam, jeśli nie większy sukces (większość fanów uważa "NN" za najgorszą część starszej "Trylogii"). Popyt na gadżety z filmu wzrósł, wzrosło więc także zaopatrzenie sklepów. I tutaj kolejna niesamowita sprawa : dziś fanty z lat siedemdziesiątych kosztują tysiące dolarów! Ludzie organizują np. ich internetowe aukcje.
Sama z zainteresowaniem słuchałam opowieści mojego taty o tym, jak Polska przeżyła wejście "GW" do kin. Były to ciężkie czasy dla naszego kraju. Każdy, kto obejrzał go, wychodził z sali z szeroko otwartą buzią. To było coś innego, coś, czego wcześniej nikt jeszcze nie pokazał. Niestety, sytuacja naszego kraju sprawiła, że u nas gadżetów z "GW" właściwie nie było. Ale i tak ludzie chcieli posiadać to, co można było dostać: były więc czarno-białe zdjęcia niskiej jakości, odbitki stron światowych gazet, które rozpisywały się wówczas o "GW", podrabiane figurki oraz... odbitki zdjęć opakowań pięknych, kennerowskich zabawek! Nimi bawiły się dzieci w Ameryce, polskim fanom pozostawały ciężko zdobyte, wymienione przeze mnie przedmioty. Dla mnie źródłem wiedzy na ten temat były wyłączne opowiadania mojego taty i kilka stron www. osób, które same to przeżyły.
Odrywając się od lat siedemdziesiątych, skupię się teraz na dziewięćdziesiątych. Oto w 1997 r. zostaje odnowiona stara "Trylogia". Ciężko mi cokolwiek powiedzieć na temat tamtego okresu, bo sama nie byłam wówczas jeszcze fanką "GW" ( teraz nie wierzę, że kiedykolwiek nią nie byłam... ). W każdym razie jedno jest pewne : nawet ja, która wówczas nie interesowałam się ani trochę Star Wars'ami, słyszałam o tym filmie. Widziałam u swojej siostry ciotecznej album z kapslami z "GW" z chipsów, wydaje mi się też, że w sprzedaży były wówczas puszki Coli z narysowanymi postaciami. W każdym razie nastąpił tak wielki boom, że każdy musiał słyszeć o tym filmie.
Sytuacja powtórzyła się prawie w takiej samej formie w roku 1999. To był wielki rok dla wszystkich fanów oraz dla mnie - wtedy właśnie zaczęłam być fanką "GW". Ale nie od razu dosięgnęła mnie ta fala fenomenu. I tutaj - typowe uderzenie fenomenu w zwykłego człowieka można doskonale zobrazować na mojej osobie.
Latem tamtego roku wybrałam się do Edynburga. Gdziekolwiek się nie ruszyłam, napotykałam na jakieś oznaki kompletnego szaleństwa na tle "GW". Wtedy wiedziałam tylko tyle, że jest to amerykański film. Nawet trochę denerwowała mnie ta wszędobylska promocja "E1" : plakaty wszędzie, jakieś promocje w pizzeri, dzięki którym można było wygrać ścieżkę dźwiękową "GW" na CD... Istny obłęd.
Po powrocie do Polski, wybrałam się do kina. Chciałam się przekonać, co to jest. No i mnie " wzięło". Mnie, której nigdy wcześniej nie interesowała ani żadna fantastyka, ani kino, ani w ogóle kompletnie nic wskazującego na to, że kiedyś polubię "GW". Ale stało się. Wydaje mi się, że w Polsce promocja "E1" także miała pokaźną formę. Były i figurki i jakieś super zestawy w KFC, i nowe książki i plakaty... A liczebność fanów Sagi wzrosła niebotycznie pod wpływem nowego epizodu.
Ludzie czekali 20 lat na nowe epizody "GW". Niektórzy przez cały ten czas byli wierni temu hobby, rozwijali wiedzę w jego kierunku. To, czym te 20 lat temu interesowali się dzisiejsi dorośli, bawi teraz ich dzieci. A i oni sami, w wielu przypadkach, nadal czują ten dreszczyk emocji.
A ile stron internetowych powstało... W sumie jest ich wręcz niezliczona ilość. Zarówno tych obejmujących materiał o jednym bohaterze, o grach na PC, o książkach oddzielnie, jak i o tym wszystkim na raz. I niektóre są świetne. Naprawdę świetne. W wielu innych nadmienia się o "GW" przy jakiejś okazji, choć wcale nie jest to zupełnie tematycznie związane ze stroną. Tak samo jest z filmami. W wielu serialach jacyś bohaterowie wspominają o "GW", np. w "Przyjaciołach", gdzie grana przez Jennifer Aniston Rachel przebiera się w jednym odcinku za Leię. Tak jest także np. w "Armageddonie". Powstanie parodii "GW", czyli "Kosmicznych jaj" jest także wynikiem ogólnoświatowego zainteresowania tym filmem.
Podłączony przeze mnie do tego tematu materiał jest bardzo obszerny. Ma on bowiem ukazać całe tło, na jakim ludzie mogą zauważyć fenomen "GW". Wgryzają się one w wiele sfer naszego życia, choć na pozór stwierdzenie to może wydawać się chore. "GW" są już znaną i uznaną klasyką, przytaczaną w wielu sytuacjach. Nie usłyszeć choćby raz o "Gwiezdnych wojnach" wydaje się wręcz niemożliwością. Lubią je i dzieci, i dorośli. I Amerykanie i Europejczycy... I warszawiacy, i poznaniacy... I kobiety, i mężczyźni... I ja, i Wy, skoro poświęciliście czas, by to przeczytać.